Pasztet z dyni i soczewicy

Dodaj komentarz

Pora deszczowa  trwa, warzywa w Sudanie Południowym rosną jak szalone, dynie osiągają ogromniaste rozmiary. W Polsce już chyba dynie zebrane, więc możecie spróbować mój sprawdzony przepis na pasztet dyni z soczewicą.

Składniki:                                                                                                           

Składniki

Składniki

Pól małej dyni 

2,5 szklanki czerwonej soczewicy

3 cebule

2 ząbki czosnku

3 jajka

kilka łyżek oleju

bułka tarta

świeże posiekane zioła (pietruszka, bazylia, opcjonalnie koperek)

sól, pieprz, gałka muszkatułowa

 Wykonanie:

Soczewicę wypłukać, ugotoować w osolonej wodzie. Podsmażyć cebulkę na oleju . Dynię obrać i pokroić w kostkę. Następnie wrzucić dynię na patelnię z cebulą i smażyć  5 minut aby lekko zmiękła. Soczewicę odcedzić i pomieszać z dynią z patelni, poczekać aż wystygnie. Wbić jaja, przyprawić solą, pieprzem, ziołami, gałką muszkatułową, wcisnąć czosnek, dodać 2 kopiaste łyżki bułki tartej i pomieszać. Naczynie do pieczenia posmarować masłem i oprószyć bułką tartą. Pasztetową masę wyłożyć  do żaroodpornego naczynia i posypać bułką tartą . Piec około 45 minut. Smacznego!

Smacznego!
Reklamy

Dzieciaki w Katire

Dodaj komentarz

Od miesiąca prowadzimy projekt w górach Imatong. Budujemy pierwszy w kraju kemping u podnóża gór. Podczas naszego ostatniego pobytu tam, kiedy Kuba zwoził materiały budowlane ja miałam czas by pobyć z dzieciakami. Po przełamaniu pierwszych lodów (mówimy w różnych językach) dzieci bawiły się ze mną, razem zbieraliśmy magno, myliśmy je w potoku i zajdaliśmy. Oto kilka zdjęć tych małych brudasków.

Ośmielone dzieciaki pozują do zdjęcia

Ośmielone dzieciaki pozują do zdjęcia

...ale "białe" włosy

…ale „białe” włosy

Tak sobie siedzieliśmy na skale i zajadając mango

Tak sobie siedzieliśmy na skale i zajadając mango

Mały autostopowicz podróżował z mamą do miasta by sprzedać fasolę

Mały autostopowicz podróżował z mamą do miasta by sprzedać fasolę.

Tam chleba nie brakuje nikomu

1 komentarz

Afryka…tak wielu ludziom kojarzy się z głodem i biedą, a już w szczególności Sudan Południowy – płaski, na przemian suchy i bagnisty, wyniszczony kilkoma dekadami krwawych konfliktów. Będąc tu dłużej można się jednak przekonać, że ziemia w wielu miejscach jest bardzo żyzna, a pora deszczowa gwarantuje zaspokojenie żywieniowych potrzeb mieszkańców. Potrzebna jest tylko chęć do pracy, pokój i inspiracja. Na przełomie 2012 i 2013 roku wybraliśmy się do Nagichot, miejscowości położonej ok. 2000 m n.p.m. w górach Wschodniej Ekwatorii (Eastern Equatoria).  Wioska ta leży ponad Chukudum, a rejony te zamieszkuje grupa etniczna Didinka. Górski klimat (niższe temperatury, większa ilość opadów i urodzajne gleby) sprzyjają uprawom. Gdy po mozolnej kilkugodzinnej wspinaczce samochodem znaleźliśmy się na wierzchowinie, oczom naszym ukazał się krajobraz rodem z Europy, niczym lipiec w podkrakowskiej wsi. Złote pola jak malowane ciągnęły się pasami przeplatanymi uprawami warzyw. Jedynie małpy skaczące po koronach drzew porastających doliny, krzewy kawowca i czarnoskórzy rolnicy przypominali, że nadal jesteśmy w Sudanie Południowym. Pszenicę i inne nietypowe dla tej strefy zboża zaszczepili tu jeszcze w czasach kolonialnych misjonarze. Oczywiście zrobiliśmy zakupy, które zabraliśmy do Dżuby. Szkoda, że póki co nie ma tam dobrej drogi, więc handel na większą skalę nie jest możliwy. Natomiast chleba nie brakuje nikomu.

Filmy dokumentalne z granicy Północ-Południe

Dodaj komentarz

Ostatnio jadąc przez Dżubę zabrałam na stopa białą dziewczynę – Zive Ozmec, która okazła się być dziennikarką ze Słowenii.  Opowiadała, że ona i jej wujek piszą atrykuły i produkują filmy dokumentalne o najbardziej problematycznych strefach Sudanu, czyli pogranicza Północy i Południa: Górach Nuba i stanie Nil Błękitny (Blue Nile). Oba rejony położone są na północ od granicy, choć zamieszkiwane są przez ludność murzyńską, a nie arabską. Właściwie od momentu secesji Południa od Chartumu trwają tam zbrojne rebelie, a sytuacja rdzennej ludności jest dramatyczna.

Jeśli jesteście zainteresowani polecam film: http://www.youtube.com/watch?v=DjoPFXsH2Qs

http://www.tomokriznar.com/ang/index.php?li=novice

Gdy nie mamy prądu…

Dodaj komentarz

AGA_5033

Ostatnio napisała do mnie mama, że w Polsce jest Afryka :): linie energetyczne pozrywane z powodu mrozów i snieżyc, więc nie ma pradu, wody ani ogrzewania (pompa elektryczna tłoczy rurami wodę z pieca)… brrrr

Cóż, do braku prądu jesteśmy przyzwyczajeni. Otóż prąd z miejskiej sieci znika cały czas, nierzadko na parę miesięcy. Jak dotąd rekordowy black-out naszej dzielnicy Tong Piny/Kololo to przeszło pół roku. Jak zatem radzimy sobie w Dżubie?  Mamy generator i nawet, gdy przestaje działać to o ogrzewanie nie musimy się martwić – tu o chłodzenie bardziej chodzi:). Kuchenka jest gazowo-elektryczna.  Nawet, jeśli skończy się gaz i zabraknie prądu to jest alternatywa. Możemy skorzystać z kuchenki naszych strażników, która działa na węgiel drzewny.  Takowa zawsze się sprawdza i cała Afryka tak właśnie gotuje.

Ostatniej niedzieli Kuba zaczął przgotowywać jajecznicę. Gaz skończył się dokładnie w momencie, gdy jaja zostały wbite na patelnię:). Generator rozkręcony do ostatniej śrubki, bo akurat przechodził generalny remont, więc co? Sytuację uratował Abraham, który właśnie rozpalił dżiko (tak to się wymawia), piecyk na węgiel drzewny. Gotowanie na „dziko” pozwoliło na pyszne śniadanie!

P.S. Właśnie miałam opublikować wpis, gdy skończył się prąd. Zamiast warkotu generatora błoga cisza… i ciemności. Kuba poszedł sprawdzić co jest grane, i co? Po ostatnim serwisie panowie chyba zapomnieli dokręcić jednej rurki i wyciekł cały olej silnikowy. Co prawda nie ma w Dżubie stacji benzynowych i supermarketów 24h/dobę, ale nie ma też rzeczy niemożliwych. Prąd wrócił.

AGA_5103

My Local

1 komentarz

AGA_5028 AGA_5030 AGA_5029Lubimy lokalne jadłodajnie i południowosudańską kuchnię. Niedaleko naszego nowego miejsca pracy, w dzielncy Munuki/Bilpam, znajduje się „My Lokal”. W porze lunchu ciężko o miejsce, przed lokalem ulica przyblokowana samochodami, a w ciągu godziny jedzenie wychodzi z garnków. Wypisywane kredą na tablicy menu jest codziennie inne i szybko znika, po 14-tej zostają już tylko resztki z kilkunastodaniowej oferty My Local.

W ubiegłym tygodniu trafiliśmy na nowe danie – basico. Trzeba było spróbować. Po chwili na stole pojawił się talerz z zieleniną na ciepło. Okazało się, że pomiędzy liśćmi są i wkładki mięsne. Flaki! Całkiem nieźle, tyle że  liście smakują niczym liście z drzewa. Choć w południowosudańskiej kuchni popularna jest różnego rodzaju zielenina gotowana, czy też duszona, na przykład o smaku i konsystencji szpinakowej, to jednak nigdy nie próbowałem czegoś takiego. Oryginalne, piasek zgrzyta w zębach i liście niczym z drzewa.

Drugim, bardziej trafnym wyborem było Dry meat pasted. W My Local od czasu do czasu można dostać mięso z buszu, najczęściej w postaci suszonej. Kawały czerwonego mięcha pływały w sosie z orzeszków ziemnych i okry. Mniam-mniam!  Zamiast ziemniaków – kalu, sinobrunatna papka z tłuczonego sorga (do wyboru także ugali, słodkie ziemniaki, ryż, kisra, bułki). Smacznego!

Pora deszczowa za nami…

Dodaj komentarz

Po upływie pierwszej pory deszczowej na nowej działce znacznie się zmieniło i zazieleniło. Rośliny urosły jak szalone. Pisałam wcześniej, że dam znać gdy zakwitną passion fruity, otóż kwitną!!! Ich fantazyjne kwiaty to pachnące dzieło sztuki matki natury. Rośliny przed podestem są tak bujne , że od czasu do czasu musieliśmy je wycinać. Słoniowa stopa (czy też róża pustyni) cała pokryła się różowym kwieciem.  Ostatnio wspominaliśmy jak malutki bananowiec wędrował w plecaku – wykopaliśmy go w górach Imatong, a drzewa (avocado, eukaliptus, neem tree i bananowiec ) maja teraz ok 2-3 m wzrostu, a sadziłam je z kilkunastocentymetrowych sadzonek. Pięknie pachną kwiaty plumerii, z resztą też posadziliśmy ją kilka miesięcy temu. Krótko mówiąc wszystko tu rośnie jak na drożdżach.

Older Entries