Co ja robie tu ?

1 komentarz

Jestem w Sudanie już półtora miesiąca…. Nowa praca pochlania energię wiec często wieczorem pisać się nie chce… ale czas coś naskrobać.

Dziś jest sobota – wolne  (choć chwile spędziłam w biurze), namiot posprzątany (kurzy się tu  ostro, tym bardziej, ze nasz camp leży przy drodze) wiec już jestem free…. Za tydzień ponoć przenosimy się na dól, dalej od drogi i niżej niż tera na nowe, budowane obecnie miejsce. Będziemy mieszkać tuz przy tukulach tubylców z Gumba (ciche spokojne miejsce z widokiem na gore Jebel.  Póki co żyjemy w namiotach, które są całkiem ok. Mamy duże, wygodne łóżko, zrobione na nasze potrzeby. Kupiliśmy sobie sudański materac wypchany 100% bawełnianym puchem, dzięki czemu poznałam zapach bawełny – słodkawy, całkiem przyjemny. Tutaj jeżeli czegoś potrzebujesz to najpierw rozglądasz się co jest dostępne, a potem kto i jak może Ci to wyprodukować. Na podłodze namiotu położyliśmy maty z trawy wyplatane lokanie. Ja protestuje przeciw jakiejkolwiek chińszczyźnie. Szafki zrobili nam nasi stolarze, ze starej sklejki. Dziś miałam trochę czasu wiec pozbierałam butelki po wodzie i już mam doniczki, w których mam zamiar wkrótce uprawiać roślinki… a wiec na campie pełen recykling.

Co ja tu robie?

Jestem panią księgowa tj.  Po krotce:

„Madam” Aga zbiera rachunki, robi przelewy, wypłaca kasę z banku,  udziela pożyczek pracownikom (bądź nie), rozlicza zaliczki i robi wypłaty (wtedy wszyscy ja kochają J) Zajmuję sie również sprawami pracowników, czyli takim afrykańskim HR-em (tego wysłać do lekarza, ten chce na urlop, tamten nie może jechać na urlop bo jest potrzebny, kolejny ma problem rodzinny, co sciśle wiąże się z finansami – zaliczka 🙂 itd. Mam wśród naszych pracowników swoich ulubieńców.

Praca wydaje się poważna (oczywiście kontrola kasy to jest duża odpowiedzialność), lecz w tych warunkach… pewne sprawy np. bankowe to  obłęd. Pewnego dnia kiedy w wyżej wspomnianym sektorze bankowym  doprowadzą mnie do szalu to w przypływie weny.. napisze Wam o finansach w  Południowym Sudanie J.

Żyjemy w Gumba, nie w Jubie, ale po drugiej stronie Nilu, podzieleni na 2 campy. Białasy + kilka czarnych kobiet (nasze kucharki) mieszkamy na tzw. „campie 1”, pozostali pracownicy, czy robotnicy, jak zwal tak zwal, mieszkają na „Campie 2”. Obecnie jest tam 50 osób + około 30 żołnierzy SPLA, którzy pilnują budowanego przez naszą firmę budynku Ministerstwa Telekomunikacji. Camp 2 to mieszanka ludzi z Południowego Sudanu, Kenii, Ugandy, Etiopii, Erytrei. Niektórzy to przesympatyczni chłopcy, mężczyźni, czasami jest mi wstyd, ze jeszcze nie pamiętam wszystkich ich imion, ale nauczę się, napewno.

Reklamy

Sudan w czołówce…

Dodaj komentarz

Waszyngtoński dwutygodnik Foreign Policy opublikował właśnie kolejny Ranking Państw Upadłych FSI (The Failed States Index 2010). W zestawieniu tym Sudan znajduje się w ścisłej czołówce figurując na, niestety w tym przypadku raczej niechlubnym, trzecim miejscu. Wg amerykańskich dziennikarzy i specjalistów przebywamy więc w kraju „wyprzedzającym” nawet uchodzący za siedlisko szatana Afganistan oraz bijącym na głowę Irak…

Podstawą do tworzenia Rankingu Państw Upadłych jest 12 wskaźników odnoszących się do sytuacji społecznej, gospodarczej i polityczno-militarnej. Są to: 1) presja demograficzna, 2) masowe ruchy uchodźców i uchodźców wewnętrznych (IDP – internally displaced person), 3) skargi ludności, 4) migracje ludności, 5) nierówny rozwój gospodarczy/rozwarstwienie społeczne, 6) recesja gospodarcza 7) kryminalizacja państwa, 8) jakość administracji publicznej, 9) łamanie praw człowieka, 10) rozmiary aparatu bezpieczeństwa (poziom „państwa w państwie”), 11) stopień upartyjnienia państwa, 12) ingerencja w wewnętrzne sprawy ze strony innych państw. W przypadku Sudanu wszystkie te wskaźniki kształtują się na najwyższym poziomie.

Uogólniając państwo upadłe to państwo pogrążone częściowo bądź całkowicie w chaosie, kraj, w którym pewne płaszczyzny życia społecznego nie funkcjonują właściwie. Takimi problematycznymi kwestiami mogą być np.: niestabilność granic (w Sudanie m.in. linia demarkacyjna między Północą a Południem, sporny z Egiptem „Trójkąt Halaib”, czy też graniczny rejon z Etiopią i Kenią), brakiem poszanowania porządku prawnego i chaosem legislacyjnym (obydwa tematy nadają się do szerszego rozwinięcia w przypadku Sudanu), niemożnością kontroli całości terytorium przez rząd (dla rządu w Chartumie to Sudan Południowy i Darfur), powszechnym zagrożeniem dla wszystkich, w szczególności dla obcokrajowców, licznymi konfliktami o różnym podłożu, od etnicznych (Arabowie vs. Dinka, Dinka vs. Nuer, Nuer vs. Szilluk), przez religijne (islam vs. chrześcijaństwo) i polityczne (monopol NCP czy SPLM), po zwykły bandytyzm. Do tego jeszcze społeczne rozwarstwienie (luksusowe terenówki w Juba czy Chartumie kontra prowincja, gdzie ludzie żyją za mniej niż dolara dziennie), niewydolność wszelkich służb (cywilne, służba zdrowia, sądy, policja, i inne), powszechne łamanie praw człowieka (chociażby wolność słowa), duża liczba uchodźców, liczne interwencje zewnętrzne (UN i setki NGO). Na dodatek dochód państw upadłych często pochodzi z nielegalnych źródeł. W przypadku Sudanu nie można wprost mówić o nielegalnych dochodach, jednak ropa naftowa i inne bogactwa wydobywane w rejonach spornych nie należą do najczystszych pieniędzy…

Jednak mniejsza o to wszystko, wszak amerykańscy specjaliści i dziennikarze uznający 1/3 świata za państwa upadłe bądź upadające raczej mocno przesadzają. Czyżby szło tylko o medialną sensację i usprawiedliwianie nacisków i interwencji na tych „niegrzecznych”?

Sudan od pierwszego Rankingu Państw Upadłych znajduje się w ścisłej czołówce. Jeśli nawet Sudan Bashira nazwać można państwem upadłym, to już Sudan Południowy, pomimo równie wysokich notowań w poszczególnych punktach rankingu, raczej państwem rodzącym się. Jak potoczą się dalsze losy tego zakątka świata zależy od bardzo wielu czynników, m.in. zbliżającego się referendum ws. niepodległości czy też międzynarodowej pomocy dla Sudanu Południowego polegającej na działaniach logistyczno-rozwojowych. Wszystko wskazuje na to, że w styczniu Południowcy opowiedzą się za niepodległością, jednak dla prawidłowego funkcjonowania państwa potrzeba m.in. odpowiedniej struktury administracyjnej oraz długoterminowych planów rozwojowych… tymczasem jednak plan działania częstokroć nie wykracza poza referendum, bądź też przekształca się w fantastyczne wizje (np. plany miast-zwierząt).

…a życie jak płynęło w „państwie upadłym” tak płynie, i jakoś nie słychać wokoło głosów, aby było gorzej niż wcześniej… pytanie tylko, czy jest lepiej bądź czy lepiej być może? …bądź też z drugiej strony, czy mieszkańcy krajów z dołu listy (Norwegia, Finlandia, Szwecja, Szwajcaria) są bardziej szczęśliwi?

Grill po byku

1 komentarz

Grill po byku

Pewnego niedzielnego popołudnia okazało się, że jak zwykle ktoś czegoś zapomniał, w związku z czym dostałem misję specjalną – kupić byka. Prościej byłoby ku… pić byka vel „patykiem pisane” tanie wino, jednakże chodziło o prawdziwego byka z krwi i kości. Zapakowałem więc pracującego u nas Masaja (dla tej kenijskiej grupy etnicznej bydło stanowi największą świętość i każdy Masaj zna się na tego typu sprawach) do pick-upa i ruszyliśmy na poszukiwania dorodnego byczka.

Gdyby był to inny dzień tygodnia, zadanie byłoby znacznie prostsze – wszak codziennie po drodze z Gumba (naszej bazy) do Juba odbywają się zwierzęce targowiska, zaś bydło przepędzane przez jedyny w Południowym Sudanie most na Białym Nilu każdego ranka przyblokowuje chwilowo ruch zmechanizowanych. Jest jednak niedziela i  po okolicy pałętają się tylko kozy.

Właścicielami zwierząt są okoliczni Dinka i Mandari, których wg naszych miar określilibyśmy, jako „ludzi dzikich”. Są wierni własnej tradycji, mówią swoimi językami i ewentualnie w „Juba-arabic” (dialekcie arabskiego używanego w Południowym Sudanie), a kontakt z Białym (tzw. Hauadzia) jest czymś naprawdę nadzwyczajnym. Stoimy w palącym słońcu otoczeni tłumem ciekawskich Południowców. Z blond dreadami jestem dla nich takim samym zjawiskiem, jakim każdy z nich byłby w centrum Warszawy czy Krakowa. Chudzi i wysocy jak tyczki (bez zbytniej przesady, co poniektórzy dochodzą do 2,5 m wzrostu), z pooranymi bliznami skaryfikacji twarzami, z prostymi bransoletami na kościstych nadgarstkach i kostkach. Niektórzy mają włosy ufarbowane krowim moczem, a wierzcie, że Murzyn z fryzurą w kolorze słomiano-rudym wygląda naprawdę abstrakcyjnie. Tłoczą się wokoło w pionowo-pasiastych tunikach sięgających do kolan, co jeszcze bardziej wydłuża ich szczupłe sylwetki. Szczerzą się krzywe, wystające zęby, z najczarniejszych w Afryce twarzy błyskają przekrwione białka oczu…

– kef? [jak leci?]

– tamam, eta kweis? [dobrze, a co u Ciebie?]

– ana kweis… [u mnie w porządku], i tak w kółko przy potrząsaniu, coraz to kolejnej, żylastej ręki.

Raz po raz zerkam w górę, słońce razi tak, że na zlewających się w czarną plamę twarzach nie widzę nic, poza tymi wyszczerzonymi zębiskami i oczami. Postanawiam zmienić nieco sytuację odwracając się do słońca plecami. Teraz dopiero blizny na twarzach mych obserwatorów nabierają wyrazistości.

Załatwiając najróżniejsze sprawunki w stolicy nie stykasz się niemal wcale z tego typu ludźmi. Wszystkie sklepy i restauracje obstawiają Arabowie, Hindusi, Erytrejczycy, Etiopczycy, Kenijczycy bądź Ugandyjczycy. Choć pracują u nich także Sudańczycy z Południa, to nigdy dumni Dinka, Mandari czy Nuerowie. Ich domeną są za to żywe zwierzęta, w szczególności ukochane bodajże przez wszystkich południowych Nilotów bydło. Im więcej dorodnych sztuk, tym wyższy szacunek społeczny, krowami nadal według tradycji opłaca się wiano itp. W językach tutejszych plemion funkcjonuje po kilkadziesiąt zwrotów określających krowy, w zależności od umaszczenia, wieku, płci i wielu innych czynników. Tutejsze gatunki należą do bydła wielkorogiego z garbem i najbardziej pożądane są właśnie okazy z nieprawdopodobnie rozłożystymi rogami.

Po pewnym, mocno wyprażonym w słońcu, czasie przyprowadzono dla nas byczka. Co prawda nie takiego z ponad metrowymi rogami, ale to i lepiej, bo młode mięso powinno być delikatniejsze. Nie warto jednak okazywać, że zwierzę nam się podoba i zależy nam na jego kupnie. W tym kraju o wszystko trzeba się targować, a tym bardziej na targowisku. Oglądamy więc zwierzę z każdej strony wytykając wszelkie niedoskonałości jego sylwetki: niewielka rana na grzbiecie, mało wydatny garb, ledwo widoczne rogi, niezadawalające wole… choć okaz jest naprawdę cena spada do poziomu zadawalającego obie strony. Byk zostaje powalony na ziemię, a jego nogi spętane naszymi sznurami. Wtedy okazuje się, że właściciel z ziomkami chce doliczyć do niemałej sumy koszty pętania i zapakowania zwierzęcia na pakę. Pozorujemy więc odwrót – zabieramy nasze powrozy, wsiadamy do samochodu i odpalamy silnik. Jednak towarzystwo zatrzymuje nas w mig i transakcja zostaje ostatecznie sfinalizowana. Odliczam gruby plik sudańskich banknotów, a na powrót spętane zwierzę siłą mięsni kilkunastu chłopa zostaje załadowane na pakę pick-upa. Jadę powoli, by nie rozjuszyć przerażonego byka, a Masaj na pace przytrzymuje i uspokaja zwierzę.

Ale, ale… cóż to w ogóle za impreza się szykuje, żeby aż byka kupować? Ogólne barbeque dla wszystkich w naszej bazie: „campu I”, „campu II” i żołnierzy. Okazją dla tak hucznego świętowania jest przede wszystkim wejście w życie świeżo uchwalonej i wybranej w ogólnonarodowym referendum konstytucji Republiki Kenii – ponoć pierwszej w Afryce postkolonialnej konstytucji. Nie ma w tym nic dziwnego, że w Południowym Sudanie świętujemy taką okazję – wszak szefem firmy jest Kenijczyk, a i znaczna część zatrudnionych pracowników pochodzi z tegoż kraju. Ponadto za parę dni opuszcza nas Greg, pracujący tu od dwóch lat, więc jest to poniekąd także impreza pożegnalna.

Aby wszystko odbyło się zgodnie z nilocką tradycją byk musi skonać przez wykrwawienie. Obalonemu na ziemię zwierzęciu podrzyna się gardło, jednak zanim maczeta sięgnęła tętnic byk podrywa się zrzucając z siebie trzymających go ludzi. Stoi tak przez chwilę świecąc głęboko przeciętym wolem (tę pustkę pomiędzy fałdami skóry zapamiętam na długo), zanim ponownie zostanie powalony na piasek. Ostrze sięga w końcu tętnic byczka, krew zaczyna tryskać po trawie i stopach zgromadzonych wokoło, jednak ciepła krew to przysmak, na dodatek wpływający na siły witalne, więc pod strumień momentalnie zostaje podstawiony spory garnek. Na gęstej cieczy pienią się krwistoczerwone szumowiny.

Byk wyzionął ostatnie tchnienie – z tętnic uszła cała krew. Leży na grzbiecie z poderżniętym gardłem przytrzymywany za kończyny. Maczetą zostaje rozcięty na brzuchu, a wprawne ręce poczynają oddzielać skórę od mięsa… Pora rozpalić grilla. Po chwili podjeżdża pick-up z paką wyładowaną wielkimi kawałami jeszcze ciepłego mięcha. Kolejnym etapem ćwiartowania jest oddzielenie kości od mięsiwa, pocięcie go na kawałki i rzucenie na kratę grilla. Kuchenną deską jest wielki płat sklejki szalunkowej, a nożami maczety i tasaki.

Nyama choma to popularne w Kenii mięso z grilla. Dziś zalałem wszystkie fundamenty pod tego typu restaurację, którą buduję w Juba, więc dla mnie to dodatkowa okazja do świętowania. Ślinka cieknie na zapach pieczystego, aż w końcu gary wypełnione mięsiwem trafiają na stoły. Zabawa trwa już na dobre, z głośników uderzają dźwięki ugandyjskiej i kenijskiej muzyki… Po uroczystej przemowie zasiadamy do uczty, a później w tany. Po chwili nawet część patrzących na wszystko z boku sudańskich żołnierzy przyłącza się do plumkania. W pewnym momencie patrzę na operatora naszych pojazdów budowlanych. Na stole przed nim stoi czarna puszka piwa z jakimś swojsko brzmiącym napisem. Przyglądam się bliżej – Van Pur Super Mocne 10%. Tak, w związku z tym, że w Juba można dostać niekoniecznie popularne w Polsce marki naszego piwa, na imprezie zagościł także kolejny rodzimy akcent.

„W pustyni bez puszczy” i bez sensu

1 komentarz

Ocena - max. 5 Afryk

 

 

Od dawna czekałem na rzetelną recenzję tej książki – dopiero na peron4.pl sie doczekałem!

"W pustyni bez puszczy" Andrzej Korybut-Daszkiewicz

Teoretycznie płynąc przez trzy tygodnie barką po Nilu Białym z Północnego do Południowego Sudanu miałem sporo czasu na przygotowanie opinii na temat tej publikacji… nic z tego, pomimo wszelkiej nudy, która mogłaby sie pojawić po drodze, nie byłem w stanie przetrawić nawet jednej trzeciej tej przygubaśnej knigi. A co dopiero przedstawić jej konstruktywnej recenzji…

Niemniej jednak po przemęczeniu paru „zaskakujących” rozdziałów, niezmiernie ucieszyła mnie opinia o tej książce bez marketingowej ściemy:

http://www.peron4.pl/korybut-daszkiewicz-w-pustyni-bez-puszczy-i-bez-sensu/

Nic dodać, nic ująć… rzadko zdarza mi się całkowicie skrytykować książkę dotyczącą Afryki, jednakże w tym przypadku bez cienia skrępowania powiedzieć muszę NIE WARTO czasu, pieniędzy, zdrowia itd. …nawet żeby się pośmiać z fantazji autora, boć ta jest równie ciężka jak ksiązka…