Grill po byku

Pewnego niedzielnego popołudnia okazało się, że jak zwykle ktoś czegoś zapomniał, w związku z czym dostałem misję specjalną – kupić byka. Prościej byłoby ku… pić byka vel „patykiem pisane” tanie wino, jednakże chodziło o prawdziwego byka z krwi i kości. Zapakowałem więc pracującego u nas Masaja (dla tej kenijskiej grupy etnicznej bydło stanowi największą świętość i każdy Masaj zna się na tego typu sprawach) do pick-upa i ruszyliśmy na poszukiwania dorodnego byczka.

Gdyby był to inny dzień tygodnia, zadanie byłoby znacznie prostsze – wszak codziennie po drodze z Gumba (naszej bazy) do Juba odbywają się zwierzęce targowiska, zaś bydło przepędzane przez jedyny w Południowym Sudanie most na Białym Nilu każdego ranka przyblokowuje chwilowo ruch zmechanizowanych. Jest jednak niedziela i  po okolicy pałętają się tylko kozy.

Właścicielami zwierząt są okoliczni Dinka i Mandari, których wg naszych miar określilibyśmy, jako „ludzi dzikich”. Są wierni własnej tradycji, mówią swoimi językami i ewentualnie w „Juba-arabic” (dialekcie arabskiego używanego w Południowym Sudanie), a kontakt z Białym (tzw. Hauadzia) jest czymś naprawdę nadzwyczajnym. Stoimy w palącym słońcu otoczeni tłumem ciekawskich Południowców. Z blond dreadami jestem dla nich takim samym zjawiskiem, jakim każdy z nich byłby w centrum Warszawy czy Krakowa. Chudzi i wysocy jak tyczki (bez zbytniej przesady, co poniektórzy dochodzą do 2,5 m wzrostu), z pooranymi bliznami skaryfikacji twarzami, z prostymi bransoletami na kościstych nadgarstkach i kostkach. Niektórzy mają włosy ufarbowane krowim moczem, a wierzcie, że Murzyn z fryzurą w kolorze słomiano-rudym wygląda naprawdę abstrakcyjnie. Tłoczą się wokoło w pionowo-pasiastych tunikach sięgających do kolan, co jeszcze bardziej wydłuża ich szczupłe sylwetki. Szczerzą się krzywe, wystające zęby, z najczarniejszych w Afryce twarzy błyskają przekrwione białka oczu…

– kef? [jak leci?]

– tamam, eta kweis? [dobrze, a co u Ciebie?]

– ana kweis… [u mnie w porządku], i tak w kółko przy potrząsaniu, coraz to kolejnej, żylastej ręki.

Raz po raz zerkam w górę, słońce razi tak, że na zlewających się w czarną plamę twarzach nie widzę nic, poza tymi wyszczerzonymi zębiskami i oczami. Postanawiam zmienić nieco sytuację odwracając się do słońca plecami. Teraz dopiero blizny na twarzach mych obserwatorów nabierają wyrazistości.

Załatwiając najróżniejsze sprawunki w stolicy nie stykasz się niemal wcale z tego typu ludźmi. Wszystkie sklepy i restauracje obstawiają Arabowie, Hindusi, Erytrejczycy, Etiopczycy, Kenijczycy bądź Ugandyjczycy. Choć pracują u nich także Sudańczycy z Południa, to nigdy dumni Dinka, Mandari czy Nuerowie. Ich domeną są za to żywe zwierzęta, w szczególności ukochane bodajże przez wszystkich południowych Nilotów bydło. Im więcej dorodnych sztuk, tym wyższy szacunek społeczny, krowami nadal według tradycji opłaca się wiano itp. W językach tutejszych plemion funkcjonuje po kilkadziesiąt zwrotów określających krowy, w zależności od umaszczenia, wieku, płci i wielu innych czynników. Tutejsze gatunki należą do bydła wielkorogiego z garbem i najbardziej pożądane są właśnie okazy z nieprawdopodobnie rozłożystymi rogami.

Po pewnym, mocno wyprażonym w słońcu, czasie przyprowadzono dla nas byczka. Co prawda nie takiego z ponad metrowymi rogami, ale to i lepiej, bo młode mięso powinno być delikatniejsze. Nie warto jednak okazywać, że zwierzę nam się podoba i zależy nam na jego kupnie. W tym kraju o wszystko trzeba się targować, a tym bardziej na targowisku. Oglądamy więc zwierzę z każdej strony wytykając wszelkie niedoskonałości jego sylwetki: niewielka rana na grzbiecie, mało wydatny garb, ledwo widoczne rogi, niezadawalające wole… choć okaz jest naprawdę cena spada do poziomu zadawalającego obie strony. Byk zostaje powalony na ziemię, a jego nogi spętane naszymi sznurami. Wtedy okazuje się, że właściciel z ziomkami chce doliczyć do niemałej sumy koszty pętania i zapakowania zwierzęcia na pakę. Pozorujemy więc odwrót – zabieramy nasze powrozy, wsiadamy do samochodu i odpalamy silnik. Jednak towarzystwo zatrzymuje nas w mig i transakcja zostaje ostatecznie sfinalizowana. Odliczam gruby plik sudańskich banknotów, a na powrót spętane zwierzę siłą mięsni kilkunastu chłopa zostaje załadowane na pakę pick-upa. Jadę powoli, by nie rozjuszyć przerażonego byka, a Masaj na pace przytrzymuje i uspokaja zwierzę.

Ale, ale… cóż to w ogóle za impreza się szykuje, żeby aż byka kupować? Ogólne barbeque dla wszystkich w naszej bazie: „campu I”, „campu II” i żołnierzy. Okazją dla tak hucznego świętowania jest przede wszystkim wejście w życie świeżo uchwalonej i wybranej w ogólnonarodowym referendum konstytucji Republiki Kenii – ponoć pierwszej w Afryce postkolonialnej konstytucji. Nie ma w tym nic dziwnego, że w Południowym Sudanie świętujemy taką okazję – wszak szefem firmy jest Kenijczyk, a i znaczna część zatrudnionych pracowników pochodzi z tegoż kraju. Ponadto za parę dni opuszcza nas Greg, pracujący tu od dwóch lat, więc jest to poniekąd także impreza pożegnalna.

Aby wszystko odbyło się zgodnie z nilocką tradycją byk musi skonać przez wykrwawienie. Obalonemu na ziemię zwierzęciu podrzyna się gardło, jednak zanim maczeta sięgnęła tętnic byk podrywa się zrzucając z siebie trzymających go ludzi. Stoi tak przez chwilę świecąc głęboko przeciętym wolem (tę pustkę pomiędzy fałdami skóry zapamiętam na długo), zanim ponownie zostanie powalony na piasek. Ostrze sięga w końcu tętnic byczka, krew zaczyna tryskać po trawie i stopach zgromadzonych wokoło, jednak ciepła krew to przysmak, na dodatek wpływający na siły witalne, więc pod strumień momentalnie zostaje podstawiony spory garnek. Na gęstej cieczy pienią się krwistoczerwone szumowiny.

Byk wyzionął ostatnie tchnienie – z tętnic uszła cała krew. Leży na grzbiecie z poderżniętym gardłem przytrzymywany za kończyny. Maczetą zostaje rozcięty na brzuchu, a wprawne ręce poczynają oddzielać skórę od mięsa… Pora rozpalić grilla. Po chwili podjeżdża pick-up z paką wyładowaną wielkimi kawałami jeszcze ciepłego mięcha. Kolejnym etapem ćwiartowania jest oddzielenie kości od mięsiwa, pocięcie go na kawałki i rzucenie na kratę grilla. Kuchenną deską jest wielki płat sklejki szalunkowej, a nożami maczety i tasaki.

Nyama choma to popularne w Kenii mięso z grilla. Dziś zalałem wszystkie fundamenty pod tego typu restaurację, którą buduję w Juba, więc dla mnie to dodatkowa okazja do świętowania. Ślinka cieknie na zapach pieczystego, aż w końcu gary wypełnione mięsiwem trafiają na stoły. Zabawa trwa już na dobre, z głośników uderzają dźwięki ugandyjskiej i kenijskiej muzyki… Po uroczystej przemowie zasiadamy do uczty, a później w tany. Po chwili nawet część patrzących na wszystko z boku sudańskich żołnierzy przyłącza się do plumkania. W pewnym momencie patrzę na operatora naszych pojazdów budowlanych. Na stole przed nim stoi czarna puszka piwa z jakimś swojsko brzmiącym napisem. Przyglądam się bliżej – Van Pur Super Mocne 10%. Tak, w związku z tym, że w Juba można dostać niekoniecznie popularne w Polsce marki naszego piwa, na imprezie zagościł także kolejny rodzimy akcent.

Advertisements