„Magia nuda”

1 komentarz

Tytuł filmu „Magia nuda” można by chyba przełożyć jako „Magia obnażona”. Włoski dokument Alfredo i Angelo Castilglioni z 1975 roku to, jakby na to nie patrzeć, film ostry i szokujący, dla dorosłych o mocnych nerwach i sporym dystansie! Klasyfikowany bywał także jako film mondo (śmierci), czyli obraz ukazujący prawdziwą śmierć. Zdecydowanie nie polecam przy jedzeniu…
Początkowe kilkadziesiąt minut filmu dotyczy Sudanu Południowego i trzeba przyznać, że jest to dokument unikatowy. Przypomnijmy, że lata 70. XX wieku to okres spokoju w Sudanie Południowym, czas pokoju pomiędzy dwoma dwudziestokilkuletnimi wojnami domowymi. Wtedy też pojedynczym dokumentalistom udało się nakręcić nieco materiału o życiu tutejszych plemion (wcześniej i później to jakby białe plamy).
Film rozpoczynają ujęcia Nilu Białego płynącego przez Sudan Południowy. Barka pasażerska widoczna w tych scenach zasadniczo nie zmieniła się do naszych czasów. Na własne oczy widziałem takie płynąc po Nilu Białym z Kosti do Dżuby w 2010 roku. Po, nazwijmy to sielankowym wstępie dokument przenosi nas do „cattle camp’ów” ludu Mandari (Mondari, Mundari) oraz Dinka… no i, patrząc na pojawiające sie obrazy przez pryzmat naszej kultury i wrażliwości zaczyna się hardkor, prawdziwy, realistyczny, niewyreżyserowany i niezmyślony hardkor. Samo życie…
Oba przedstawione w filmie ludy to ludy pasterskie, dla których bydło to najwyższa wartość, coś jakby członek rodziny. Tu krów się nawet  nie zabija na mięso! Po tytule filmu można by się spodziewać nagości, no i racja, ale to nie nagość szokuje. Do dziś na prowincji Sudanu Południowego nadzy ludzie nie są niczym szczególnym, ot tak tu nadal jest. Temperatura nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza, więc nie ma problemu. Kogoś mogą szokować sceny polowania na bawoła, żyrafę, czy słonia. Może i są drastyczne, ale jak dla mnie to tradycyjne polowanie z dzidami, polowanie aby zaspokoić potrzeby całej grupy. To nie bezpieczne pif-paf ze sztucera dla szpanu i trofeum, lecz naprawdę niebezpieczne i wymagające grupowego współdziałania polowanie, tak jak sto, dwieście czy tysiąc lat temu! Czytałem o tego typu polowaniach, ale nigdy czegoś takiego nie widziałem na filmie. Prawdziwy szacun dla myśliwych i operatorów też! A, no i trzeba dodać, że w latach 70. XX wieku było tu mnóstwo zwierzyny, dopiero druga wojna domowa w epoce kałasznikowa przetrzebiła południowosudańską sawannę.
Jednak dla mnie osobiście najbardziej szokujące są sceny z „cattle campów. „Cattle camp” to takie tymczasowe obozowisko pasterzy i ich bydła, podczas wędrówek po sawannie. Co roku południowosudańscy pasterze jak Dinka czy Nuer przemieszczają się ze swymi stadami po sawannie w poszukiwaniu pastwisk i wody (ze wzgl. na sezonowość tutejszego klimatu, porę suchą i deszczową). Dzieje się tak nadal, powszechnie. Czytałem w książkach o niektórych praktykach w „cattle campach”, o tradycjach tutejszych ludów pasterskich. Widziałem „cattle campy”, ludzi umorusanych popiołem z krowiego łajna, który chroni ich przed komarami i innymi insektami, co dzień na ulicach stolicy widuję Mandari z okolic Dżuby z włosami utlenionymi na rudawo krowim moczem, ale nigdy nie miałem okazji przyjrzeć się aż tak blisko i od środka życiu w „cattle campie”. I właśnie to jest chyba najbardziej szokujące w tym filmie. Oczyszczająca kąpiel w strumieniu krowiego moczu, bezpośrednio pod krowim ogonem, transowe spazmy czy dmuchanie w krowią waginę w celu przyspieszenia porodu to bodajże najbardziej drastyczne ze scen. Śmiem twierdzić, że życie w „cattle campach” niewiele zmieniło się od lat 70. XX wieku, przybyło może trochę więcej ciuchów i plastiku, ale życie toczy się nadal tradycyjnym torem.
Po Sudanie Południowym film przenosi nas do plemion Ameryki Południowej. Niestety nie udało mi się znaleźć anglojęzycznej wersji tego filmu (jakby ktoś się natkną, to proszę podesłać).
Tu znajdziecie opis filmu na IMDb:  http://www.imdb.com/title/tt0183466/

Tu możecie obejrzeć film z rosyjskim dubbingiem:

A tu oryginalna wersja po włosku: 

Zapraszam, choć ostrzegam, że film jest ostry i był kilkukrotnie cenzurowany i zakazywany!

Świąteczny Shopping

1 komentarz

Kozi targ w Dżubie

Kuba cały dzień  przygotowywał samochód na nasz świąteczny  wyjazd do Ekwatorii Zachodniej – Yambio. Jesteśmy szczęśliwi, że w końcu wyrwiemy się na chwilę z gorącej Dżuby.  Za to dziś mieliśmy dość napięty program, aby domknąć wszelkie sprawy przed świętami. Ja miałam dziś zdanie specjane – zakup kozy dla naszych pracowników, aby mogli ją sobie skonsumować w święta.

Pojechałam więc pick-upem na shopping do Dżuby, najpierw na kozi targ. Mandari – to plemię, ktore zajmuje się handlem owym towarem. Po długich negocjacjach wybraliśmy odpowiednią kozę, a właściwie koziołka – duże i młode zwierzę biało-czarnej maści. Następnie próbowano nam wcisnąć jeszcze jedną kozę i może jeszcze z pięć owiec, ale w końcu odjechaliśmy. Udaliśmy się wraz z Satino – towarzyszem mojej wypraw na Konyo Konyo market, gdzie zakupiliśmy worek węgla drzewnego.

Pusty cattle camp. Paliki na placu czekają na powracające z wodopoju i wypasu bydło.

Korzystając z okazji, że mam samochód do dyspozycji zdecydowaliśmy się pojechać na drugą stronę Nilu po UWAGA! krowie łajno. Po co? Otóż nadszedł w końcu deszczowy sezon, więc po świetach organizujemy nasz nowy ogródek , gdzie będziemy sadzić warzywa, kwiaty i zioła, ale najpierw trzeba było załatwić nawóz. Pojechaliśmy więc do Gumbo,  wioski gdzie mieszkaliśmy w ubiegłym roku. Po drodze spotkaliśmy Johna Makuola – byłego, znajomego pracownika. On, jak i mój towarzysz pochodzi z plemienia Dinka, więc nie było problemu ze wskazaniem miejsca, gdzie znajduje się „cattle camp” i gdzie z pewnością znajdziemy owe łajno. Wyobrażałam sobie, że gdy tam dotrzemy to wszyscy z wioski zaczną dla nas zbierać porozrzucane łajno, ale nic bardziej mylnego… łajno już wysuszone leżało na wielkiej kupie J. Szybko załadowno je nam do worków, jednak za załadunek  musieliśmy zapłacić ekstra.

Pakowanie krowiego łajna.

Odjechaliśmy „drogą”, którą mieszkańcy kattle kampu nazywali drogą, choć był to zwyczajny ugór… dobrze mieć samochód terenowy. Ku wielkiej radości Santino spotkaliśmy też dzieciaki sprzedające mango. Sezon na mango trwa pełną gębą, tak więc kupiliśmy siatkę owoców – może z 15 sztuk. Po dobrej cenie. Zakupy się udały. Zadowoleni wróciliśmy do Dżuby, podziwiając mieniący się w promieniach słońca Nil. Santino z nostalgią wspominał rzekę, nad którą wychował się w Bahr el Gazar. Tam nauczył się pływać, tam mieszkają jego rodzice i czekają na niego krowy. Posiada ich jakieś 30 sztuk, które kiedyś wymieni na żonę. Jest on najmłodszym z rodzeńtwa i narzeka, że cena żony poszła w górę i będzie musiał uzbierać jeszcze ze 40 krów. Miły był to wyjazd. Wesołych Świąt, dla wyszystkich zakupowiczów również!

Świąteczne zakupy: koza, węgiel drzewny i nawóz.

Shopping – podsumowanie wydatków:

Koza – 370 SSP

Węgiel drzewny (duży worek) – 70 SSP

9 worków krowiego łajna – 70 SSP

Załadunek  – 10 SSP

15 sztuk mango – 5 SSP

1 PLN = ok. 1,2 SSP

Wspomnienia – bezcenne !

Grill po byku

1 komentarz

Grill po byku

Pewnego niedzielnego popołudnia okazało się, że jak zwykle ktoś czegoś zapomniał, w związku z czym dostałem misję specjalną – kupić byka. Prościej byłoby ku… pić byka vel „patykiem pisane” tanie wino, jednakże chodziło o prawdziwego byka z krwi i kości. Zapakowałem więc pracującego u nas Masaja (dla tej kenijskiej grupy etnicznej bydło stanowi największą świętość i każdy Masaj zna się na tego typu sprawach) do pick-upa i ruszyliśmy na poszukiwania dorodnego byczka.

Gdyby był to inny dzień tygodnia, zadanie byłoby znacznie prostsze – wszak codziennie po drodze z Gumba (naszej bazy) do Juba odbywają się zwierzęce targowiska, zaś bydło przepędzane przez jedyny w Południowym Sudanie most na Białym Nilu każdego ranka przyblokowuje chwilowo ruch zmechanizowanych. Jest jednak niedziela i  po okolicy pałętają się tylko kozy.

Właścicielami zwierząt są okoliczni Dinka i Mandari, których wg naszych miar określilibyśmy, jako „ludzi dzikich”. Są wierni własnej tradycji, mówią swoimi językami i ewentualnie w „Juba-arabic” (dialekcie arabskiego używanego w Południowym Sudanie), a kontakt z Białym (tzw. Hauadzia) jest czymś naprawdę nadzwyczajnym. Stoimy w palącym słońcu otoczeni tłumem ciekawskich Południowców. Z blond dreadami jestem dla nich takim samym zjawiskiem, jakim każdy z nich byłby w centrum Warszawy czy Krakowa. Chudzi i wysocy jak tyczki (bez zbytniej przesady, co poniektórzy dochodzą do 2,5 m wzrostu), z pooranymi bliznami skaryfikacji twarzami, z prostymi bransoletami na kościstych nadgarstkach i kostkach. Niektórzy mają włosy ufarbowane krowim moczem, a wierzcie, że Murzyn z fryzurą w kolorze słomiano-rudym wygląda naprawdę abstrakcyjnie. Tłoczą się wokoło w pionowo-pasiastych tunikach sięgających do kolan, co jeszcze bardziej wydłuża ich szczupłe sylwetki. Szczerzą się krzywe, wystające zęby, z najczarniejszych w Afryce twarzy błyskają przekrwione białka oczu…

– kef? [jak leci?]

– tamam, eta kweis? [dobrze, a co u Ciebie?]

– ana kweis… [u mnie w porządku], i tak w kółko przy potrząsaniu, coraz to kolejnej, żylastej ręki.

Raz po raz zerkam w górę, słońce razi tak, że na zlewających się w czarną plamę twarzach nie widzę nic, poza tymi wyszczerzonymi zębiskami i oczami. Postanawiam zmienić nieco sytuację odwracając się do słońca plecami. Teraz dopiero blizny na twarzach mych obserwatorów nabierają wyrazistości.

Załatwiając najróżniejsze sprawunki w stolicy nie stykasz się niemal wcale z tego typu ludźmi. Wszystkie sklepy i restauracje obstawiają Arabowie, Hindusi, Erytrejczycy, Etiopczycy, Kenijczycy bądź Ugandyjczycy. Choć pracują u nich także Sudańczycy z Południa, to nigdy dumni Dinka, Mandari czy Nuerowie. Ich domeną są za to żywe zwierzęta, w szczególności ukochane bodajże przez wszystkich południowych Nilotów bydło. Im więcej dorodnych sztuk, tym wyższy szacunek społeczny, krowami nadal według tradycji opłaca się wiano itp. W językach tutejszych plemion funkcjonuje po kilkadziesiąt zwrotów określających krowy, w zależności od umaszczenia, wieku, płci i wielu innych czynników. Tutejsze gatunki należą do bydła wielkorogiego z garbem i najbardziej pożądane są właśnie okazy z nieprawdopodobnie rozłożystymi rogami.

Po pewnym, mocno wyprażonym w słońcu, czasie przyprowadzono dla nas byczka. Co prawda nie takiego z ponad metrowymi rogami, ale to i lepiej, bo młode mięso powinno być delikatniejsze. Nie warto jednak okazywać, że zwierzę nam się podoba i zależy nam na jego kupnie. W tym kraju o wszystko trzeba się targować, a tym bardziej na targowisku. Oglądamy więc zwierzę z każdej strony wytykając wszelkie niedoskonałości jego sylwetki: niewielka rana na grzbiecie, mało wydatny garb, ledwo widoczne rogi, niezadawalające wole… choć okaz jest naprawdę cena spada do poziomu zadawalającego obie strony. Byk zostaje powalony na ziemię, a jego nogi spętane naszymi sznurami. Wtedy okazuje się, że właściciel z ziomkami chce doliczyć do niemałej sumy koszty pętania i zapakowania zwierzęcia na pakę. Pozorujemy więc odwrót – zabieramy nasze powrozy, wsiadamy do samochodu i odpalamy silnik. Jednak towarzystwo zatrzymuje nas w mig i transakcja zostaje ostatecznie sfinalizowana. Odliczam gruby plik sudańskich banknotów, a na powrót spętane zwierzę siłą mięsni kilkunastu chłopa zostaje załadowane na pakę pick-upa. Jadę powoli, by nie rozjuszyć przerażonego byka, a Masaj na pace przytrzymuje i uspokaja zwierzę.

Ale, ale… cóż to w ogóle za impreza się szykuje, żeby aż byka kupować? Ogólne barbeque dla wszystkich w naszej bazie: „campu I”, „campu II” i żołnierzy. Okazją dla tak hucznego świętowania jest przede wszystkim wejście w życie świeżo uchwalonej i wybranej w ogólnonarodowym referendum konstytucji Republiki Kenii – ponoć pierwszej w Afryce postkolonialnej konstytucji. Nie ma w tym nic dziwnego, że w Południowym Sudanie świętujemy taką okazję – wszak szefem firmy jest Kenijczyk, a i znaczna część zatrudnionych pracowników pochodzi z tegoż kraju. Ponadto za parę dni opuszcza nas Greg, pracujący tu od dwóch lat, więc jest to poniekąd także impreza pożegnalna.

Aby wszystko odbyło się zgodnie z nilocką tradycją byk musi skonać przez wykrwawienie. Obalonemu na ziemię zwierzęciu podrzyna się gardło, jednak zanim maczeta sięgnęła tętnic byk podrywa się zrzucając z siebie trzymających go ludzi. Stoi tak przez chwilę świecąc głęboko przeciętym wolem (tę pustkę pomiędzy fałdami skóry zapamiętam na długo), zanim ponownie zostanie powalony na piasek. Ostrze sięga w końcu tętnic byczka, krew zaczyna tryskać po trawie i stopach zgromadzonych wokoło, jednak ciepła krew to przysmak, na dodatek wpływający na siły witalne, więc pod strumień momentalnie zostaje podstawiony spory garnek. Na gęstej cieczy pienią się krwistoczerwone szumowiny.

Byk wyzionął ostatnie tchnienie – z tętnic uszła cała krew. Leży na grzbiecie z poderżniętym gardłem przytrzymywany za kończyny. Maczetą zostaje rozcięty na brzuchu, a wprawne ręce poczynają oddzielać skórę od mięsa… Pora rozpalić grilla. Po chwili podjeżdża pick-up z paką wyładowaną wielkimi kawałami jeszcze ciepłego mięcha. Kolejnym etapem ćwiartowania jest oddzielenie kości od mięsiwa, pocięcie go na kawałki i rzucenie na kratę grilla. Kuchenną deską jest wielki płat sklejki szalunkowej, a nożami maczety i tasaki.

Nyama choma to popularne w Kenii mięso z grilla. Dziś zalałem wszystkie fundamenty pod tego typu restaurację, którą buduję w Juba, więc dla mnie to dodatkowa okazja do świętowania. Ślinka cieknie na zapach pieczystego, aż w końcu gary wypełnione mięsiwem trafiają na stoły. Zabawa trwa już na dobre, z głośników uderzają dźwięki ugandyjskiej i kenijskiej muzyki… Po uroczystej przemowie zasiadamy do uczty, a później w tany. Po chwili nawet część patrzących na wszystko z boku sudańskich żołnierzy przyłącza się do plumkania. W pewnym momencie patrzę na operatora naszych pojazdów budowlanych. Na stole przed nim stoi czarna puszka piwa z jakimś swojsko brzmiącym napisem. Przyglądam się bliżej – Van Pur Super Mocne 10%. Tak, w związku z tym, że w Juba można dostać niekoniecznie popularne w Polsce marki naszego piwa, na imprezie zagościł także kolejny rodzimy akcent.