Safari po południowo-sudańskich miastach?

1 komentarz

Szejkom Dubaju swego czasu odbiła palma i powstały wyspy-palmy, a nawet wyspa-glob. Trzeba przyznać, że możni z Południowego Sudanu pod względem fantazji nie ustępują im ani na krok – zamierzają od podstaw zbudować największe miasta kraju na kształt afrykańskich zwierząt oraz owoców.

Niedawno zaprezentowane plany urbanistyczne dotyczą stolic poszczególnych stanów i odnoszą się do symboli widniejących na ich flagach i godłach. Stolica Południowego Sudanu i zarazem Centralnej Ekwatorii – Juba, miałaby zostać zbudowana na kształt nosorożca, na południe od obecnego miasta. Z kolei Wau – stolica stanu Bahr el-Ghazal nosiła by kształty żyrafy, zaś Yambio, główne miasto Zachodniej Ekwatorii, ananasa.

Słonie, krokodyle, motyle… budowa takich miast z pewnością zwróci oczy całego świata na Sudan Południowy, przyciągnie turystów, no bo czy jest gdzieś na świecie kraj, gdzie można się wybrać na safari po miastach? Problemem może okazać się jednak fakt, że w całym kraju dwukrotnie większym od Polski jest aktualnie zaledwie 60 km asfaltowych dróg (i to tylko i wyłącznie w miastach).

Choć rozwiązania miejskiej przestrzeni wydają się być trafione, np. pałac prezydenta w oku bądź też oczyszczalnia ścieków pod ogonem, to niestety są jeszcze inne drobne minusy tej marzycielskiej wizji.

Przede wszystkim realizacja projektu kosztować miałaby 10 miliardów $, podczas gdy budżet Południowego Sudanu wynosi około 1,9 miliarda $, z czego nawet 98% to wpływy ze sprzedaży ropy naftowej. Na dodatek rząd w Chartumie zagroził ostatnio, że dochody z ropy, które wg porozumienia pokojowego muszą być dzielone po równo pomiędzy Południe i Północ, będą rządzie w Juba wypłacane w dinarach sudańskich, a więc walucie niewymienialnej. Uderzyłoby to bardzo w gospodarkę opartą nieomal całkowicie na imporcie. Jeśli do tego dodamy, że ponad 90% społeczeństwa żyje za mniej niż dolara dziennie, to konfrontacja wizji z rzeczywistością jest tym ostrzejsza.

Jednak kto wie? Na petrodolarach zrealizować można najdziwniejsze fantazje… a te są naprawdę oryginalne. Kiedy jednak wracam do obrazu dzisiejszej Juby, miasta nieomal bez piętrowych budynków, z zakurzonymi i zaśmieconymi ulicami, chaosem na drogach itp. i pomyślę, że miały by tu stać luksusowe osiedla, drogie hotele i parki rozrywki, na dodatek na planie nosorożca, to absolutnie sobie tego nie wyobrażam.

Niemniej jednak gorąco pozdrawiam z Rhino City – Miasta Nosorożca!

Prawo do jazdy…

1 komentarz

Sudan Południowy jest dosyć specyficznym miejscem na świecie pod wieloma względami. Jednym z nich jest podejście do urzędowego papieru dopuszczającego do poruszania się pojazdem mechanicznym pośród nieogarniętego chaosu ruchu ulicznego w Juba.

Objaśniając tutejszą rzeczywistość pokrótce… Większość pojazdów w Sudanie Południowym pochodzi z Kenii bądź Ugandy, gdzie postbrytyjsko obowiązuje ruch lewostronny. W całym Sudanie obowiązuje jednakże ruch prawostronny (tak jak u nas), jednak w związku z brakiem lądowych szlaków komunikacyjnych pomiędzy Północą i Południem, nie ma tu nieomal w ogóle samochodów z kierownicą po lewej stronie. Dlatego też paradoksalnie po ulicach porusza się tu pojazdami z kierownicą po prawej stronie w ruchu prawostronnym. Podsumowując to tak, jakbyście prowadzili siedząc na miejscu pasażera…

Technicznie oznacza to zmianę biegów lewą ręką, zaś kierunkowskazów prawą (co początkowo, odruchowo uruchamia często wycieraczki), natomiast praktycznie mocno ograniczone pole widzenia przy wyprzedzaniu. Ale mniejsza z tym – wszystko to kwestia przyzwyczajenia.

Najpiękniejsze w całej (dez)organizacji ruchu w Juba jest to, że stara się ono najprawdopodobniej zamodelować teorię chaosu… upraszczając mówiącą o upakowaniu materii w przestrzeni. Chyba nigdzie indziej na świecie nie zmieści się na raz na drodze tyle pojazdów co tutaj, i to w tak przeróżnych orientacjach – odległości na centymetry, z przodu, z tyłu, po bokach i pod kątem, a najdziwniejsze, że wszystko to jakoś płynie, do przodu i zazwyczaj bez nerwów.

Spod wszelkich reguł wypadają zdecydowanie pojazdy SPLA (armii) z czerwonymi rejestracjami – z nimi najlepiej nie zadzierać, zaś wszelkie pozostałe zasady łamią kierowcy matatu (busików) oraz w szczególności boda-boda (moto-taxi), których wyobraźnia zasadniczo ogranicza się do pędzenia przed siebie bez ułamka sekundy refleksji nad otoczeniem, pasażerami, czy choćby własnym pojazdem. Dlatego też najlepszym Twoim przyjacielem są tutaj oczy dookoła głowy, lusterka i klakson, klakson i jescze raz klakson!

Jako dopełnienie obrazu arteri Juba powinienem jeszcze dodać wszechobecny pył zamieniający sie po deszczu w maź oraz to, że w całej, rozległej stolicy jest zaledwie kilka asfaltowych ulic (jeszcze 2 lata temu nie było ich tu ponoć prawie w ogóle), stąd zdecydowana większość pojazdów to terenówki.

Inną atrakcją jest żywa sygnalizacja świetlna, foto-radary;) itp. , czyli policjanci i policjantki w białych mundurach. Obstawiają niemal każde skrzyżowanie w stolicy, kierują ruchem, lecz przede wszystkim zatrzymują pojazdy zarabiając przy tym na śniadanie, lunch, kolację, rodzinę… skądś to znamy, tutaj jednak przypomina to z lekka farsę. Za co można dostać mandat? Za rozmowę przez komórkę, „zimny łokieć”, klapki zamiast normalnych butów, niezapięte pasy (choć na motorach można jeździć bez kasku), niewłaściwie siedzących ludzi na pace pick-upa… „We’ve got law, Mister” usłyszałem pewnego razu, na co można się było tylko uśmiechnąć patrząc na zdezelowane samochody bez świateł i motocykle, z których chyba celowo demontuje się tylne lampy i kierunkowskazy – wszak drogę widać ma być z przodu.

Ostatnimi czasy namiętnie kontrolowane były jednakże prawa jazdy. Dlaczego? W Sudanie obowiązuje lokalne bądź ewentualnie międzynarodowe prawo jazdy. Ale nawet nie w tym rzecz, że Biały za kółkiem (co nie jest zbyt częstym widokiem) miał prawko wydane w kraju swego pochodzenia. Perfidia ostatnich miesięcy łapanek polegała na tym, że stare prawa jazdy nie były przedłużane, zaś nowe z powodów techniczno-biurokratycznych (m.in. podrabiania) nie były wydawane. Stan zawieszenia trwał pewien czas, w związku z czym wielu kierowców poruszających się po stolicy nie miała ważnego dokumentu i podlegała ustawowej grzywnie.

Zanim doczekałem się swojego kawałka plastiku od rządu Południowego Sudanu, z nosorożcem!, grupą krwi i własnym telefonem, przez trzy tygodnie poruszałem się w chaosie ruchu ulicznego Juby. Nie powiem, że nie sprawiało mi to dużej radości: landcruiser, chaos i miganie się przed policją! Czegóż więcej chcieć od porządku na drodze;) Wynik gry – 2:1 dla mnie, 2 razy przeszło polskie prawo jazdy i gadanie przez komórke podczas jazdy, a raz nie. Policjantki były nieustępliwe, i aż dziw bierze, że im się bloczki mandatowe nie pokończyły… przerób przeogromny.

Od paru dni jestem szczęśliwym posiadaczem legalnego driving licence GOSS, tyle, że jazda na nielegalu to miała nieco lepszy smaczek…

Pierwsze wrażenie….

Dodaj komentarz

Jesteśmy w Afryce… w Południowym Sudanie…

Lecąc tu z Warszawy przez Paryż byłam tak podekscytowana, jakby to był mój pierwszy lot.

Wpatrzona w szybę… myślałam, jak nam się zmieni świat. Niebo było przejrzyste, można było zobaczyć wszystko, co pokazywała nam strzałka na mapie w samolocie kenijskich linii lotniczych… Najbardziej ucieszył mnie widok granicy morza Śródziemnego z kontynentem afrykańskim…. poźniej wyżłobione, suche doliny rzeczne, które wkrótce zmieniły się w pisaki i wydmy  Sahary. Im bliżej Nairobi tym bardziej robiło się górzyście i zielono.

W stolicy Kenii wylądowałam nocą… To już drugi raz w Nairobi, jednak odprawa wizowa szła bardzo powoli… dłuuuuuga kolejka. Wymyślili sobie zbieranie  od wszystkich odcisków palców… trwało to i trwało… Odebrałam bagaż i radośnie powędrowałam do wyjścia. Zobaczyłam milion osób z tabliczkami mogących czekać właśnie na mnie, ale na żandej z nich nie było mojego nazwiska… Okazało się, że osoba, która miała  mnie odebrać, po prostu o tym zapomniała … Welcome in Africa 🙂

Oczekując na sudańską wizę spędziłam w Nairobi dwa dni, więc co było robić… włóczyłam się po mieście, spotykając ludzi (oczywiście niebezinteresownych 🙂 i wspominając miejsca, które miałam okazję odwiedzić po wyprawie z Afryką Nowaka. Taki mały bonus na dzień dobry – wiza miała być, a nie była, bo nie takie zdjęcie, zmiana przepisów, święto narodowe Sudanu Południowego, referendum w Kenii…

W końcu jednak doleciałam do Juby, choć cudem zdążyłam na samolot. Dokładnie o 14:00 dostałam sudańską wizę – wylot był o 15:00, a lotnisko po drugiej stronie zakorkowanego miasta. Taksówkarz powiedział „spróbujemy”… o godz. 14:50 dojechałam przed terminal i pędząc z bagażami na każdej kolejnej bramce krzyczałam, że mam samolot do Juby za 10 minut! Dzięki temu, że z taksówki zadzwoniłam na numer linii lotniczych, którymi leciałam… szef naszego lotu poczekał na mnie opóźniając odlot! odprawy prawie nie było… bagaż podręczny oraz duży plecak wniosłam na pokład sapiąc jak stara lokomotywa:)… po maratonie pomiędzy samolotami… przywitali mnie, w końcu! udało się! lecimy! za godzinę znajdę się w nowym kraju, innym świecie i w nowej pracy….

Przez okno krajobraz zmieniał się pozytywnie :)… na zielono… Sudan Południowy z góry wygląda jak wielka zielona łąka, gdzieniegdzie jakieś wzgórza i rzeki….

Wylądowałam w Jubie… jako pierwsza wyszłam z małego samolotu (ostatni-pierwszymi)… uderzyło mnie ciepło (gorąco, w porównaniu z temperaturą w Nairobi) podążałam w stronę czegoś, co jest lotniskiem…  choć bardziej przypomina duży magazyn 🙂

Za bramkami czekał na mnie uśmiechnięty Kubuś (PJK)… ja już po odprawie paszportowej… mała Aga pomiędzy wysokimi jak tyczki Sudańczykami… Odprawa bagażu wyglądała następująco… otwierają klapę plecaka, a potem piszą na nim jakiś znaczek kredą –  C (chyba „checked”)… wychodzisz i jesteś…

Kuba po drodze zabrał mnie jeszcze do Sądu Najwyższego, który obecnie remontował… z okna samochodu zobaczyłam stolicę Pd. Sudanu – Dżubę… ale napewno nie poznałam jej na tyle, by móc  cokolwiek napisać… Pierwsze co mnie zmartwiło to tony walających się tu śmieci… Nil Biały wygląda nienajgorzej… ale wszystkie mniejsze rzeczki, rowy, czy inne zagłębienia terenu wypełnione są syfiastym plastikiem, butelkami, papierami itp.

Kałach jak gitara!

1 komentarz

Powinienem był zacząć od tematu, dla którego znalazłem się w Sudanie Południowym, czyli pracy… zacznę jednakże od czasu wolnego.

Tydzień pracujący, sobota teoretycznie nie pracująca i niedziela bezwarunkowo zwyczajowo wolna, więc jest to dzień jak najbardziej weekendowych wypadów za miasto Juba. Wygląda to prawie tak jak u nas – poranek, pakowanie samochodu i długa na wschód, zachód, północ bądź południe…

Prawie jednakże robi wielką różnicę: samochód musi być terenowy, bo w tym kraju dróg jako takich nie ma niemal w ogóle, główny bagaż stanowi woda pitna a nie koszyk piknikowy, zaś urozmaicającym elementem na pokładzie jest żołnierz z bronią długą…

Tak właśnie wyruszamy na poszukiwanie okolicznych atrakcji stolicy. Zabytki? tak jak w większej części Afryki – zapomnij, safari? poza ptactwem, wężami, jaszczurkami i insektami, których nie brakuje – zapomnij, no ewentualnie małpy, o geoatrakcjach też zapomnij, gdyż wszędzie wokoło busz, busz, busz vel mokradła, mokradła, mokradła… nawet wioski zdarzają się wśród tego morza zieloności raz na ładnych ?-dziesiąt kilometrów. Tak więc główną atrakcją staje się sama droga, no i militaria…

Łuski od AK-47, KBK, 12″ karabinów maszynowych, a nawet tzw. bazooki znajdziesz na każdym poboczu w każdym kierunku od Juba. Gorzej ze schodzeniem z owego pobocza w busz – „For your safety stay on the road – land mines” świecą przydrożne tablice. Niestety nadal to prawda, smutna prawda.

Niewątpliwą atrakcja są natomiast wraki czołgów, wozów pancernych i innych tym podobnych. Z reguły są to sprzęty armii północnego Sudanu (np. radzieckie czołgi), gdyż południowi-sudańczycy walczyli raczej jako partyzanci, bez ciężkiego sprzętu. Zarośnięte tropikalna roślinnością, przeżarte przez rdzę, sterczą pośród buszu jako pomniki minionych dni… oby minionych na zawsze, tym bardziej że do newralgicznego w historii referendum mniej niż pół roku.

Atrakcję stanowi też możliwość popróbowania się z AK-47. Niestety na „sucho”, gdyż żołnierzom zaczęto ponoć ostatnimi czasy liczyć kule, ale może to i lepiej. Z kałachem czuję się tak samo niezręcznie jak z gitarą, jak to w ogóle trzymać, jak na tym przygrywać?

Czy oby tak na pewno skrupulatnie liczą te pociski? A może to ważniejsze dla czego się je przeznacza? Jeden z żołnierzy zatrzymuje nagle samochód, wyskakuje, w oka mgnieniu odbezpiecza kałacha i skrada się wzdłuż ściany krzakowiska buszu… niestety perliczki dały nura w zarośla, smakowitej kolacji dla kumpli dziś nie będzie…

Nowy Sudan – Republika Nilu!

2 komentarze

Powinienem był zacząć od jakiegoś wprowadzenia, streszczenia najświeższej historii, statystyk… jednak na początek podrzucę coś, co mnie urzekło w słowach, oddających urok miejsca, w którym się znalazłem.

Gwoli przypomnienia przesiaduję w Juba, stolicy autonomicznego regionu Sudanu powszechnie nazywanym Sudanem Południowym (South Sudan lub Southern Sudan). W związku ze zbliżającym się szybkimi krokami referendum ws. niepodległości bądź autonomii w obrębie Sudanu, pojawiło się pytanie – jaką nazwę miałby nosić nowy kraj, jeżeli wielcy tego świata dopuścili by do tego?

Niewątpliwie jest to trudne pytanie w przypadku Południowego Sudanu, który nigdy w historii nie stanowił jednego organizmu państwowego, a na dodatek, jak większość afrykańskich krajów jest mocno niejednolity etnicznie, geograficznie i kulturowo.

Sudan Południowy (South lub Southern Sudan) jest najprostsza opcją, jednakże nie koniecznie najlepszą. Nazwa taka geograficznie wskazuje, iż jest to południowy skrawek Sudanu (tak państwa jak i fizjograficznej części Afryki), z drugiej jednak strony sugeruje związek z muzułmańskim państwem na północy, które z kolei nie koniecznie jest dobrze kojarzone na południu (poniekąd tak, jakby Polskę nazywać Polska SRR;), zaś na forum globalnym kojarzone raczej z kryzysem w Darfurze, niekończącą się wojną północ-południe, czy tez islamskim terroryzmem niż z rejonem naprawdę Czarnej Afryki.

Także używana niekiedy nazwa Nowy Sudan kieruje skojarzenia w tę samą stronę, a na dodatek jest nieco zarozumiała w stosunku do „starego” Sudanu, mogącego poszczycić się o wiele głębszymi tradycjami państwowości.

Juwama, podziemna nazwa południowego Sudanu zaczerpnięta została od dwóch pierwszych liter trzech największych miast tego rejonu: Juba, Wau i Malakal. Choć z pewnością Demokratyczna Republika Juwama ma swoich zwolenników, to osobiście nazwa ta jest dla mnie zbyt szaradziarsko-harcerska, a ponadto południowy Sudan to nie tylko trzy miasta, które na dodatek w innych realiach nigdy miastami nie zostałyby nazwane.

Kolejna propozycja to Ekwatoria. Tak też nazywają się trzy najbardziej południowe prowincje Sudanu Południowego, wraz ze stolicą Juba. Jednakże obecna autonomia składa się jeszcze z 7 innych prowincji, a na dodatek stąd do równika jeszcze ładnych parę setek kilometrów…

Ostatnio pojawiła się jednak romantyczna alternatywa nazwania rodzącego się państwa – Republika Nilu (The Nile Republic za Steve Bloomfield, “Africa United: How Football Explains Africa”). Jak dla mnie nazwa ta jest mocno pozytywna w wydźwięku, a przede wszystkim oddaje tożsamość mieszkańców Południowego Sudanu i ich ziemi. To właśnie Biały Nil przepływa przez cały kraj i wokół niego tradycyjnie oscylowało życie wielu ludzi i ich stad, a co chyba najważniejsze większość plemion Sudanu Południowego należy do grupy ludów afrykańskich zwanych Nilotami. Jest też oczywiście kilka „ale”: Niloci żyją także w innych krajach (m.in. Kenii, Ugandzie), i co istotniejsze należy pamiętać, że Egipt ma bzika na punkcie wszystkiego, co związane z Nilem, więc z pewnością nie byłby zadowolony z powstania Republiki Nilu nad „swoją” świętą rzeką… bądź co bądź to kolejne państwo, z którym trzeba by się dogadywać ws. wody dopływającej do Egiptu (chociaż akurat Biały Nil doprowadza zaledwie około 20% wody do Nilu właściwego na północ od Chartumu).

Tak czy siak osobiście dogłębnie urzeka mnie cudownie brzmiąca nazwa – Republika Nilu… a czy taki kraj ma w ogóle szansę powstać na mapie świata? Cóż, pokaże to najbliższe pół roku…

(za Reuters – Africa Blog według Andrew Heavens)