Zawieszenie broni?

Dodaj komentarz

  • Ponoć jest zgoda obu stron konfliktu na zawieszenie broni https://radiotamazuj.org/en/article/kiir-and-machar-agree-ceasefire . Informacja poszła w eter w minioną sobotę, ale jak dotąd nie ma dalszych informacji.
  • W niedzielę do Dżuby miała udać się delegacja mediującej w konflikcie grupy IGAD (Inter-Governmental Authority on Development) https://radiotamazuj.org/en/article/igad-delegation-heads-juba-talks-detainees . Delegacja miała rozmawiać o uwolnieniu więźniów politycznych przetrzymywanych w Dżubie przez rząd. Politycy oskarżeni są o próbę zamachu stanu, jednak przez ponad miesiąc trwania konfliktu nie przedstawiono im żadnych konkretnych zarzutów.
  • Siły anty-rządowe pod wodzą Petera Gadet’a wycofały się z Bor – stolicy stanu Jonglei. W ciągu ostatniego miesiąca to już czwarta zmiana sił dla tego miasta. Bor jest całkowicie zniszczone i rozgrabione, rynek zrównany z ziemią (https://radiotamazuj.org/en/article/gadet-forces-withdraw-wreckage-bor ; http://www.sudantribune.com/spip.php?article49662). Przestała istnieć m.in. misja Polskiej Akcji Humanitarnej PAH, a ich sprzęt został całkowicie rozgrabiony (http://www.pah.org.pl/).
  • ONZ potępiło kradzież i użycie w walkach pojazdów UN z Bentiu i Bor przez siły anty-rządowe https://radiotamazuj.org/en/article/un-admits-its-looted-vehicles-being-used-combatants. Pojazdy różnych NGO i prywatnych firm były również kradzione w Dżubie przez siły rządowe i sprzyjające prezydentowi.
  •  Narasta napięcie na linii ONZ-Dżuba. Siły rządowe skutecznie ograniczały dostęp pracownikom UN do rejonów konfliktu. Najnowszy konflikt jest skutkiem próby wtargnięcia na teren ONZ przez uzbrojonych ochroniarzy ministra. UN jest organizacją bezstronną i niezależną, nie dopuszcza broni na terenie swoich baz, co próbował zignorować minister informacji. Wypowiedź prezydenta Salva Kiir w tej kwestii to kolejna perełka w jego intelektualnym dorobku http://www.sudantribune.com/spip.php?article49659 . Tak wygląda postrzeganie i przestrzeganie prawa w Sudanie Południowym.
Reklamy

Referendum w Abyei

Dodaj komentarz

Ponad 99% opowiedziało się za przyłączeniem rejonu Abyei do Sudanu Południowego. Abyei to teren sporny pomiędzy Północą a Południem, bogaty w złoża ropy naftowej. Na stałe zamieszkuje go grupa etniczna Dinka Ngok, jednak jest to także tradycyjny teren sezonowego wypasu bydła przez zarabizowanych Misseriya. Abyei stanowi kość niezgody pomiędzy Dżubą i Chartumem przynajmniej od roku 2011, kiedy to Sudan Południowy uzyskał niepodległość. Regularnie dochodzi tam do starć, rejon był też kilkukrotnie bombardowany przez SAF (wojska Północy). Choć porozumienie pokojowe CPA podpisane w roku 2005 zakładało prawo tego rejonu do samostanowienia o przynależności, to referendum z roku 2011 w sprawie przyszłości Sudanu Południowego nie objęło tego rejonu. Od tamtej pory organizacje międzynarodowe oraz oba sudańskie rządy bezskutecznie próbują rozwiązać problem Abyei.

Referendum, które odbyło się w dniach 27-29 październik 2013, zorganizowane zostało przez społeczność Dinka Ngok – stałych mieszkańców tego rejonu. Zarówno Chartum, jak i Dżuba odcięły się od plebiscytu, zaś Komisja Unii Afrykańskiej określiła referendum jako nielegalne, zatem jego wynik nie jest w żaden sposób wiążący. Na ponad 60 tysięcy głosujących przeciw przyłączeniu do Sudanu Południowego oddano 12 głosów! Daje to wynik 99,89% głosów za przyłączeniem do Południa. Misseriya zapowiedzieli, że zorganizują własne referendum. Można się spodziewać, że wynik będzie dokładnie odwrotny. Przedstawiciele Dinka Ngok uznali, że pomimo braku wsparcia i uznania zorganizowali plebiscyt, bo nie widzą specjalnie innej opcji. Społeczność międzynarodowa oraz obydwa sudańskie rządy od lat nie są w stanie dojść do porozumienia w sprawie Abyei. Czas pokaże, jak rozwinie się sytuacja.

Minęło 48h ultimatum – hipokryzja trwa

Dodaj komentarz

W miniony piątek upłynęło 48-godzinne ultimatum postawione przez Radę Bezpieczeństwa ONZ obu Sudanom, wzywające do zaprzestania walk w rejonach przygranicznych, powrotu do rozmów i wreszcie osiągnięcie porozumień w spornych kwestiach w ciągu najbliższych 3 miesięcy. Ów plan pokojowy Unii Afrykańskiej pod egidą ONZ nazywany jest „roadmap”.

…i co? i bzdura totalna. 48 godzin upłynęło, a na Sudan Południowy (stan Unity) nadal spadają bomby. Hipokryzja Chartumu oraz zmowa milczenia organizacji międzynarodowych i możnych tego świata trwają. Przypomnę w skrócie, o czym w ciągu ostatniego roku świat się nie dowiedział bądź też nie był zainteresowany rozwojem wypadków:

– jeszcze przed proklamowaniem niepodległości Południa północnosudańska armia (SAF) wspierana przez arabskie milicje zajęła sporny, roponośny obszar Abyei. W regionie tym odbyć się miało referendum w sprawie dalszych jego losów (9 stycznia 2011 roku), jednak Północ nie dopóściła do jego organizacji. Abyei od tamtego czasu okupowane jest przez Północ, a lokalna ludność Dinka Ngok przebywa w obozach dla uchodźców na Południu.

Sudan Północny i Południowy. Ciemniejszym kolorem oznaczono prowincje Północy, gdzie toczą się zbrojne rebelie: Darfur, Kordofan Południowy i Nil Błękitny oraz rejon Abyei

– w północnych prowincjach Kordofan Południowy oraz Nil Błękitny od sierpnia/września 2011 roku trwają zbrojne rebelie przeciw władzy w Chartumie. Dziesiątki tysięcy uchodźców z tych regionów schroniło się w obozach dla uchodźców na terytorium Południa. Sytuacja w obozach jest bardzo, bardzo trudna. Na dodatek zdarza się, że z północnosudańskich antonovów spadają bomby w okolicach takich miejsc. Północ oskarża Południe o zbrojenie rebeliantów, na co nie ma jednak żadnych dowodów. Dowody są za to na łamanie praw człowieka przez wojska rządowe w objętych rebeliami prowincjach, co nie powinno specjalnie dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że gubernatorem prowincji Południowy Kordofan jest poszukiwanym, podobnie zresztą jak prezydent kraju Omar al-Bashir, przez Międzynarodowy Trybunał Karny (ICC) za zbrodnie przeciwko ludzkości – Ahmed Haroun.

– dowody są także na to, że największe grupy rebelianckie działające na Południu (w stanie Unity, Upper Nile, Jonglei) zbrojone były przez Chartum. Organizacja Small Arms Survey regularnie badała i publikowała źródła broni skonfiskowanej rebeliantom. Wyniki badań jasno pokazują, że spora część broni w rękach rebeliantów na Południu, to nowe chińskie karabiny, takie same jak w północnosudańskiej armii oraz pociski produkowane na Północy.

– ugandyjska armia ścigająca wespół z żołnierzami Unii Afrykańskiej i amerykańskimi komandosami Josepha Kony’ego i jego LRA (Lord’s Resistance Army) w Kongu DR i Republice Środkowoafrykańskiej doniosła ostatnio, że złapano członka LRA z bronią, amunicją i w mundurze używanymi w północnosudańskiej armii. Ciężko powiedzieć, czy jest to tylko polityczna przepychanka na linii Kampala-Chartum, czy też fakt? W przeszłości bezapelacyjnie zbrodnicze LRA otrzymywało wsparcie militarne i finansowe od rządu w Chartumie działając jako prochartumska bojówka na tyłach SPLA. Tym samym LRA przez lata walczyło z wojskami Sudanu Południowego jak i destablizowało sytuację w sąsiedniej Ugandzie. Kampala ostatnio jednoznacznie zapowiedziała wsparcie dla Dżuby w przypadku otwartej wojny z Północą. Choć LRA tropiona jest przez liczne, międzynarodowe siły to nadal jest aktywna w Kongu DR i RŚA, sporadycznie także w Sudanie Południowym. Wierzy się, że siły Kony’ego przemieszczają się do Darfuru Południowego. Ponadto Chartum oskarżany jest o zbrojenie koczowników Ambororo oraz zarabizowanych plemion z pogranicza obu Sudanów.

– co jednak najważniejsze północnosudańskie wojska SAF od uzyskania niepodległości przez Sudan Południowy regularnie bombardują oraz najeżdżają przygraniczne obszary. Sytuacja mocno się zaogniła pod koniec marca 2012 roku, gdy antonovy SAFu zaczęły bombardować Bentiu, stolicę stanu Unity (poza mediami, znam naoczne relacje zagranicznych pracowników organizacji humanitarnych), po którym nastąpił atak lądowy na terytorium Południa.

– wtedy to po raz pierwszy w najświeższej historii kontrofensywa SPLA zapuściła się daleko zaSAFem na Północ. Wojska Południa zajęły pole naftowe Panthou/Heglig i jednocześnie główną bazę SAFu, skąd prowadzone były działania zbrojne w sąsiednim stanie Unity. Zniszczonych bądź zajętych zostało ponad 1200 pojazdów wojskowych oraz mnóstwo innego sprzętu. Zatrzymano także eksploatację szybów naftowych, których ponowne uruchomienie potrwać może pół roku, a tym samym odcinając Sudan Północny od większości ropy, którą wydobywano na jego terenie. Okupacja Panthou/Heglig trwała 10 dni, a SPLA wycofała się z tego rejonu pod wpływem ostrych nacisków ONZ, Unii Afrykańskiej, USA, EU i innych państw.

Lokalizacja pól naftowych, ropociągu, obozowisk Misseriya i Dinka w regionie Abyei oraz Panthou/Heglig

No i tu właśnie pojawia się pytanie, dlaczego świat tak intensywnie zareagował na działania Dżuby, milcząc na temat wszystkich wcześniejszych grzechów Północy wymienionych powyżej? Dlaczego nikt nie protestował i nie groził sankcjami Północy, gdy ta zrzucała bomby i atakowała lądem suwerenny kraj? Dlaczego zatem kontrofensywa SPLA spotkała się z tak ostrą krytyką, a łamanie praw człowieka w Kordofanie Południowym i Nilu Błękitnym, czy też wyrzucanie z Północy setek tysięcy Południowców (ostateczny termin upływa 20 maja 2012 roku) odbywa się bez echa? Może najzwyczajniej w świecie nie chodzi o nic więcej jak tylko o ropę i brudne pieniądze? Wszak czarne złoto nie płynęło tylko do Chartumu, lecz przede wszystkim dalej w świat… i może właśnie to tak zabolało świat, a nie jakaś tam trudna sytuacja bóg wie gdzie, uchodźcy i głodne dzieci?

Historia porozumień w sprawie granicy regionu Abyei (za Small Arms Survey)

Żeby było ciekawiej oba Sudany uważają Panthou/Heglig za własność. Jest to oczywiście spuścizna kolonializmu, lecz także manipulowania przy podziale administracyjnym i granicach prowincji na początku lat 80. XXw., po odkryciu ropy naftowej w Sudanie. W 2009 roku Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy przyznał Heglig (wg Południowców Panthou) Północy, jednakże specjalista od spraw Sudanu dr Douglas H. Johnson uważa, iż jednoznaczne przyznanie tegoż rejonu Północy było przedwczesne i krzywdzące. W 1983 roku prawdopodobnie przerysowano granicę stanu Unity i prowincji Kordofan Południowy, tak aby budowany ropociąg znalazł się w Kordofanie. Tym samym trybunał przyznając te ziemie Północy uznał niejako czystki etniczne na Dinka Rueng, do których ongiś należały te ziemie (nazywane Panaru), oraz machlojki na mapach za słuszne. Problem jest złożony, gdyż tak jak w przypadku Abyei, pastwiska te użytkowane były przez Dinków oraz sezonowo przez zarabizowanych Misseriya.

Ciekawe jak dalej potoczy się owa niebezpieczna gra między Sudanami? Czy dlatego świat stara się wywierać silniejszą presją na Dżubie, bo wie, że z twardogłowym reżimem Bashira i tak nic nie wskóra? Czy wreszcie mają sens jakiekolwiek negocjacje z Bashirem, skoro od dekad pokazuje on,  że coś podpisać to nie oznacza dotrzymywać danego słowa.

„Między Sudanem a Sudanem” w DF, GW

1 komentarz

A propos sytuacji w Kordofanie Południowym, o której  pośrednio pisałem w paru postach (Północ bombarduje Południe, Bashir grozi wojną), odkryłem ostatnio artykuł Matteo Fagotto opublikowany w lipcu br. przez Gazetę Wyborczą w Dużym Formacie http://wyborcza.pl/1,75480,9985767,Miedzy_Sudanem_a_Sudanem.html?as=1&startsz=x . Myślę, że tekst dobrze oddaje realia początku konfliktu w Południowym Kordofanie. Na wschód od Kordofanu leży Abyei, zajęty przez Północ w maju br. a jeszcze dalej Darfur, na zachód zaś znajduje się prowincja Nil Błękitny, w której zbrojne powstanie przeciwko Chartumowi zaczęło się w sierpniu 2011. Tak więc całe pogranicze Północy i Południa pozostaje w ogniu, ciekawe czy szaleńcza polityka Chartumu doprowadzi do dalszego rozpadu Północy i przyłączenia murzyńskich Gór Nuba (Kordofan Południowy), Nilu Błękitnego i wreszcie Abyei do Sudanu Południowego? A jeśli, to ile jeszcze krwi musi zostać przelane? Poniżej przytaczam tekst artykułu z Dużego Formatu Gazety Wyborczej:

Między Sudanem a Sudanem

9 lipca ogłoszono niepodległość Sudanu Południowego. Jednak od tygodni na pograniczu obu Sudanów toczy się nowa wojna. Zielone zbocza Gór Nubijskich (w regionie Kordofan Południowy) zamieszkane są głównie przez murzyńskie plemiona, które zawsze czuły się dyskryminowane przez arabski rząd w Chartumie

Duży Format, Gazeta Wyborcza (lipiec 2011)

Przez 50 lat mieszkańcy regionu toczyli partyzancką walkę o niezależność od Chartumu, którą zakończył rozejm, a potem referendum w styczniu tego roku. 98 proc. mieszkańców Południa było za secesją od arabskiej Północy.
Ale o mieszkańcach tego regionu zapomniano. Granica z 1956 roku, która była podstawą rozejmu, pozostawiła Kordofan Południowy pod kontrolą Północy. Nubijczykom zamiast referendum obiecano „społeczne konsultacje”, w których mogliby wyrazić opinie na temat wprowadzenia w życie postanowień rozejmu. Niewiele osób wierzy, że Chartum kiedykolwiek na nie pozwoli.
 5 czerwca w Górach Nubijskich znów wybuchły walki między siłami rządowymi Chartumu i częścią dawnych bojowników Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu. Iskrą, która doprowadziła do wybuchu, były wybory nowego gubernatora regionu. Ahmed Haroun, kandydat partii rządzącej Sudanem Północnym, pokonał Abdul Aziza Adama Al-Hilu, popularnego lidera Ludowego Ruchu Wyzwolenia Sudanu. Ruch uznał wybory za sfałszowane, na co rząd w Chartumie nakazał bojownikom rozbroić się i podporządkować armii sudańskiej. Gdy wojsko weszło do stolicy regionu – Kadugli, dziesiątki tysięcy cywilów uciekły przed represjami, m.in. bombardowaniem.

Nie wiadomo, ile osób zginęło już w tym konflikcie. Według agend ONZ dach nad głową straciło 75 tys. osób, według lokalnych organizacji pozarządowych – dużo więcej.

Fatima Ramadan: Żyjemy jak zwierzęta

Fatima Ramadan ma 35 lat, mieszka we wsi Lowere, niedaleko miasta Kauda. Od miesiąca większość dnia spędza w pobliskich górach z czwórką najmłodszych dzieci (w wieku od 4 do 14 lat). W razie bombardowania wioski nie zdążyłaby pozbierać wszystkich i uciec z nimi. – Spędzamy tu całe dnie, nic nie robiąc. Czujemy się jak zwierzęta – mówi. Dodaje, że dzieci nauczyły się chronić do jaskiń, gdy tylko usłyszą silnik antonowa. – Kilka dni temu bomba wybuchła tuż koło jaskini. Do środka wleciało pełno dymu, pyłu i kamieni, na szczęście nikt nie został ranny.

Jedzenie donoszą Fatimie krewni ze wsi.

Mąż Fatimy w pierwszych dniach lutego przyłączył się do rebeliantów z Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu. – Od tego czasu nie mam z nim kontaktu – mówi kobieta, ale dodaje, że nie miałaby nic przeciwko wysłaniu starszego syna na wojnę. – Jeden już walczy – mówi z dumą.

Tysiące mieszkańców okolicznych wsi chowają się w górach tak jak Fatima. Pod wieczór, gdy naloty ustają, wracają do domów. Kobiety gotują kolację oraz szykują jedzenie i gromadzą wodę na następny dzień, gdy znowu pójdą w góry.

J.A.: Boję się o synów

– Uciekaliśmy w dziesięciu, do celu doszło nas czterech – opowiada J.A. (prosi o niepodawanie nazwiska ze względu na bezpieczeństwo rodziny).

J.A., 46 lat, ojciec czterech dorosłych synów, jest z zawodu stolarzem, a z przekonania działaczem Ludowego Ruchu Wyzwolenia Sudanu. Mieszka w stolicy Kordofanu – 100-tysięcznym Kadugli. Tam 5 czerwca zaczęły się walki.

– Przez dwa dni armia sudańska i milicja ostrzeliwały dom Abdul Aziza Adama Al-Hilu, lidera naszego ruchu – opowiada. – Trzeciego dnia zmieniły taktykę: włamały się do biura partii i znalazły listy jej członków. Żołnierze szukali ich dom po domu. Rodziny działaczy zostały aresztowane lub zabite, domy zniszczone.

Według J.A. już w pierwszych dniach zamieszek w Kadugli zginęło 50 osób. Ludzie uciekali do umocnionej bazy sił ONZ obsadzonej przez żołnierzy egipskich. Ale armia sudańska wyciągnęła stamtąd część cywilów i miejscowych pracowników bazy. J.A. twierdzi, że zostali zastrzeleni na miejscu. – Żołnierze oddziałów pokojowych nie zrobili nic. Za bardzo się bali. Jeden nawet się śmiał.

Czwartego dnia J.A. udało się uciec z miasta wraz z dziewięcioma innymi osobami. By ominąć posterunki armii sudańskiej, szli przez góry w kierunku umocnionego obozu partyzantów w okolicach Kaudy. – Czterech z nas dotarło – mówi. – Reszta została zabita lub złapana przez wojsko.

J.A. boi się o żonę i czterech dorosłych synów, którzy zostali w Kadugli. Podobno armia sudańska gromadzi w kilku miejscach cywilów, by użyć ich jako żywych tarcz. Przez kilka dni J.A. miał kontakt z najstarszym z synów, teraz komórka milczy. J.A. boi się, że mogą zostać zabici, gdyby wojsko odkryło, że są rodziną działacza Ruchu Wyzwolenia Sudanu.

Czy wtedy J.A. chwyciłby za broń, żeby ich pomścić? – Nie. Uważam, że są inne sposoby walki. Chcę, żeby nowi bojownicy, których szkolimy, wiedzieli, o co walczą. Chcę im pokazać, jak niesprawiedliwy jest rząd w Chartumie i jego polityka rugowania Afrykanów z własnej ziemi – mówi. – Problemem nie jest Nuba ani walka Południa z Północą. Problemem jest grupa ludzi, którzy kontrolują Chartum dla własnych korzyści. Niektórzy zostali już oskarżeni przez Trybunał w Hadze. Powinni przed nim stanąć, a ludziom w Sudanie pozwolić decydować o swej przyszłości.

Fawzya Osman: Ja nie mogę uciec

Ma 18 lat, pochodzi z liczącej kilkaset osób wsi Kapuo. Mieszka z babcią i bratem, rodzice zmarli podczas ostatniej wojny. Oboje z bratem nie chodzili nigdy do szkoły, musieli pracować na rodzinnym polu. Żywią się tym, co sami wyprodukują (głównie kukurydzą i sorgo). Niewielkie nadwyżki sprzedają, by kupić podstawowe produkty, np. mydło. Fawzya chciałaby założyć rodzinę, ale żaden chłopak nie poprosił jeszcze o jej rękę. Żaden nie zaproponował w zamian bydła, jak to jest w nubijskim zwyczaju.

22 czerwca Fawzya pracowała na polu, gdy zaczął się ostrzał pobliskiego miasta Kauda. – Byłyśmy we trzy – wspomina. – Jak tylko usłyszałam nadlatujące samoloty, upadłam na ziemię. Wszystko trwało tylko chwilę. Gdy wstałam, zobaczyłam, że jedna z dziewcząt nie żyje.

Przerażona z trudem doszła do domu rodziców zabitej dziewczyny. Od tamtej pory niepokoi ją każdy dźwięk silnika czy motoru.

Wielu mieszkańców jej wsi uciekło w góry z obawy przed bombami. Ale Fawzya została. – Nie mam wyjścia – wyjaśnia. – Idzie pora deszczowa. Jeśli teraz nie będę doglądała pola, czeka nas głód. Myślę codziennie o tym, co się zdarzyło. Przeżyłam bombardowania podczas poprzedniej wojny, ale nigdy czegoś takiego. Czy to się kiedyś skończy? Czy jeszcze wróci pokój?

Hussein Ngalokuri: Nosili osła na plecach

– 100 lat temu Arabowie błagali, byśmy pozwolili im przechodzić przez nasze ziemie i wypasać ich bydło na południu. Żywiliśmy ich i pomagaliśmy, choć nie musieliśmy. Teraz przychodzą do nas jak władcy – mówi Hussein Ngalokuri.

Ma 60 lat. Od 10 lat jest „al mak”, czyli przywódcą plemienia Otoro, jednego z kilkudziesięciu zamieszkujących Góry Nubijskie. Od czasów brytyjskich głównym zadaniem wodzów plemiennych jest reprezentowanie swoich ludzi i rozsądzanie sporów między nimi. Dawniej wodzów wyznaczała administracja kolonialna, teraz są oni wybierani i opłacani jak wszyscy urzędnicy państwowi.

Ngalokuri bywa także mediatorem w sporach pomiędzy plemionami. – W Sudanie prawo tradycyjne jest bardziej szanowane niż państwowe – tłumaczy. – Rząd często prosi nas o rozstrzygnięcie konfliktów, wobec których prawo państwowe jest bezradne.

Jako przywódca plemienia i absolwent wyższej szkoły misyjnej Hussein Ngalokuri zna historię Sudanu. – Rdzenni Afrykanie byli dyskryminowani od czasów kolonialnych. Brytyjczycy wzmacniali Arabów, ponieważ oni nigdy nie sprzeciwiali się ich rządom tak bardzo jak my. Na północy Sudanu budowano szkoły i całą infrastrukturę, a Góry Nubijskie były „obszarem zamkniętym”, tu nic nie można było budować lub unowocześniać. W rezultacie nasz region jest jednym z najbiedniejszych w kraju, bez utwardzonych dróg, opieki zdrowotnej, z mniejszą liczbą szkół.

Ngalokuri uważa, że sytuacja pogorszyła się jeszcze po uzyskaniu przez Sudan niepodległości w 1956 roku. Wtedy Chartum zaczął dodatkowo arabizację i islamizację. Zabierano ziemię Afrykańczykom i oddawano Arabom. Usilnie zniechęcano ludzi do noszenia afrykańskich imion, zostało zakazane używanie lokalnych języków w szkołach. Jeśli któryś z uczniów został na tym złapany, dostawał karę chłosty na oczach całej szkoły. I musiał nosić na plecach wizerunek osła. Jedynym sposobem, by się go pozbyć, było znalezienie innego kolegi popełniającego ten sam grzech i poddanie go temu samemu upokarzającemu procesowi. – Jestem muzułmaninem, ale to, co robią nam Arabowie, ma mało wspólnego z islamem – mówi Hussein Ngalokuri. – Dlatego dwa razy się zastanowię, zanim pozwolę córce wyjść za Araba. Bo w Afryce małżeństwa zawiera się między dwiema wspólnotami, a nie tylko dwiema osobami jak u was, w Europie.

Tom Catena: Nubijczycy są fantastyczni

Amerykański lekarz ma 47 lat, przez długi czas pracował w Stanach jako chirurg. W 2008 roku przyjechał w Góry Nubijskie jako wolontariusz chrześcijańskiej organizacji (prosi o niepodawanie jej nazwy). Zaczął kierować drugim co do wielkości szpitalem w regionie.

W tej chwili ze 180 łóżek szpitalnych 130 jest zajętych przez rannych w ostatnich nalotach na miasta Kurchi, Kauda i wieś Tes. – Sytuacja jest najgorsza, odkąd tu jestem – mówi Catena.

Kilka metrów od niego leży siedmioletnia dziewczynka. W jej kręgosłupie utkwił odłamek bomby, będzie sparaliżowana od piersi w dół na resztę życia. – Nie wiem, co zrobić – mówi lekarz. – Nawet w Stanach trudno byłoby ją wyleczyć, a tutaj to absolutnie beznadziejny przypadek.

Zagubiony w środku Gór Nubijskich szpital ma kłopoty z zaopatrzeniem, bo połączenia lotnicze są teraz niebezpieczne, a pora deszczowa utrudnia transport drogowy. Zrobili wcześniej zapasy, które powinny wystarczyć na kilka miesięcy, ale co będzie, jeśli walki przybiorą na sile?

Doktor Catena ma do pomocy aż 60 pielęgniarek, ale jest jedynym lekarzem. – Nie mam wyjścia – mówi. Kilka miesięcy temu proponowano mu ewakuację, lecz – w odróżnieniu od wielu innych cudzoziemców – został.

– W ostatnich miesiącach przed ogłoszeniem niepodległości u miejscowych wyczuwało się duże napięcie – mówi. – Było dużo ran od noża i bójek. Muszę jednak powiedzieć, że Nubijczycy są fantastyczni: uprzejmi, otwarci i gościnni.

Jacomo Tia Jibril: Jestem szczęśliwy, że siostra uciekła

14-latek, pochodzi z wioski Tes. Przed wojną chodził do szkoły w pobliskim Kurchi, kilka kilometrów od domu. Ale teraz szkoły są zamknięte i nikt nie wie, kiedy je znów otworzą. Gdy to nastąpi, Jacomo będzie się dalej uczył, żeby zostać prawnikiem, chociaż nie wie, czy rodzina ma dość pieniędzy, by zrealizować jego marzenie.

Jacomo jest jedną z pierwszych ofiar tej wojny. – Było koło 11 rano, prałem ubrania przy studni, gdy usłyszałem nadlatującego antonowa. Zacząłem uciekać. Moja siostra krzyczała, żebym padł na ziemię, ale nie słyszałem jej – spokojnie opowiada, siedząc na szpitalnym łóżku. – Próbowałem się schronić w pobliskiej cegielni, ale gdy wbiegałem do środka, wybuchła bomba. Odłamek zranił mnie w lewą rękę. Zabrano mnie do domu, matka próbowała zdezynfekować mi ranę solą i wodą, ale wyglądało to naprawdę źle – opowiada.

W szpitalu powiedziano mu, że rękę trzeba będzie amputować. – Jednak jestem szczęśliwy że moja siostra uciekła – mówi z dumą. – Była ze mną, ale nic się jej nie stało.

Źródło: Duży Format, Gazeta Wyborcza

Rebelianci Sudanu Południowego

2 Komentarze

W buszu AK-47 jest jak najbardziej popularne

Jeden z przywódców toczących Sudan Południowy rebelii – Gatluak Gai został zastrzelony 24 lipca br. w Pakur, w okręgu Koch w stanie Unity. Paradoksalnie wydarzenie nie wydaje się oznaczać spokoju w regionie.  Gai, który uważany był za przywódcę różnych grup rebelianckich w rejonie, zastrzelony został przez swego zastępcę Marko Chuol Ruei’a po zakończonych sukcesem rozmowach pokojowych pomiędzy rebeliantami z SSLA (South Sudan Liberation Army) a rzędowym wojskiem SPLA (Sudan People’s Liberation Army). Ruei twierdzi, że przed rozmowami Gai mówił swoim ludziom, by nie honorowali ustaleń rozmów oraz utrzymuje, iż Gai wcześniej dołączyłby do armii Północy niż Południa. Tak czy siak w stanie Unity nadal działają zbrojne ugrupowania rebelianckie i kto wie czy to lepiej, czy gorzej dla Sudanu Południowego, że teraz pozbawione swego lidera…

Incydent przypomniał mi, że swego czasu pisałem o południowosudańskich rebeliach, ale niestety artykuł nigdy nie ujrzał światła dziennego. Jednak nic straconego, opisane poniżej rebelie toczą sie dalej i jedynie w niektórych przypadkach wymagałyby aktualizacji – zatem zachęcam do lektury o najmłodszym kraju świata w przeddzień niepodległości.

Obszary dotknięte zbrojnymi rebeliamii w Sudanie Południowym w roku 2010 (za http://www.smallarmssurveysudan.org/).

Link do mapy w formacie PDF:  HSBA-Armed-Groups-Southern-Armed-Insurrections-map

Juba, 1/05/2011

W Sudanie Południowym jescze nie ma wojny,

czyli miejscowi rebelianci pod lupą

Żołnierz SPLA w okolicach Juba

Na początku roku 2011 w Sudanie Południowym odbyło się referendum w sprawie przyszłości tego regionu. Plebiscyt upłynął pokojowo, a Południowcy nieomal jednogłośnie zadecydowali o niepodległości swojego kraju. Niestety zaledwie parę tygodni po tym historycznym wydarzeniu w kilku miejscach na północy Sudanu Południowego zaczęły się krawawe walki pomiędzy rebeliantami a SPLA (Sudan People’s Liberation Army) – wojskiem podlegającym rządowi w Juba. Od początku roku w walkach zginęło ponad 800 cywili, zaś około 94 tysiące uciekło ze swoich domów przed szerzącą się przemocą (dane z połowy kwietnia).

Referendalne zawieszenie broni jako pierwszy złamał generał George Athor, którego rebelia sięga korzeniami wyborów z początku kwietnia 2010. W ciągu kilku następnych tygodni w różnych stanach Sudanu Południowego kolejni buntownicy ogłosili swą krucjatę przeciwko rządowi z Juba – GoSS (Goverment of South Sudan), zdominowanemu przez partię SPLM (Sudan People’s Liberation Movement). W stanie Jonglei oprócz Athora działa David Yauyau i Gabriel Tang-Ginye, zaś w stanie Unity Gatluak Gai oraz Peter Gadet. Kolejnym miejscem zapalnym jest stan Upper Nile, gdzie raz po raz dochodzi do walk między SPLA a bojówkarzami z Królestwa Szylluków dowodzonymi przez tajemniczego kapitana Olony. Największym problemem Juby nie są jednak rebelianci, lecz sporny region Abyei na granicy Północy i Południa. Abyei jest miejscem najkrwawszych od 2008 roku walk, a politycy z obydwu Sudanów nie mogą dojść do kompromisu w sprawie jego przyszłości. W świetle wydarzeń z północy Południa sporadyczne ataki LRA (Lord’s Resistance Army / Armia Bożego Oporu) na pograniczu z Kongiem D.R. i Republiką Środkowoafrykańską nikną w cieniu.

Przyczyny toczących się obecnie rebelii jak i sylwetki ich przywódców zdecydowanie różnią się między sobą. Doszukamy się tu fatalnej w skutki polityki GoSS, personalnych i plemiennych antagonizmów w obrębie świata polityki, lecz także staniemy nad buntownikami, których motywy działania absolutnie nie są jasne.

Widok Juby ze wzgórza w Rajaf

Ogólnie rzecz ujmując Juba o wszystkie bunty oskarża Chartum, twierdząc iż przekupuje generałów i dostarcza broń dla rebeliantów. Z kolei Chartum rewanżuje się oskarżając Sudan Południowy o szkolenie rebeliantów z Darfuru. Zdjęcia satelitarne pokazują, jak Północ rozmieszcza przy granicy czołgi, helikoptery i samoloty, a Południowcy reorganizują swoje bazy. Sytuacja „na górze” i „na dole” wydaje się być napięta, i nie wykluczone, że za częścią rebelii stoi rząd w Chartumie. Zgoda na pokojową secesję Południa nie pasuje raczej do wizerunku Omara al-Bashira i rządzącej na Północy partii NCP (National Congress Party). Destabilizacja sytuacji byłaby im mocno na rękę, a nuż urodziłoby sie z tego cos więcej… Z braku dowodów pozostawmy jednak dywagacje na boku i przyjrzyjmy się poszczególnym rebeliom toczącym Sudan Południowy.

  • George Athor, z pochodzenia Padeng Dinka,  jest byłym trzygwiazdkowym generałem SPLA i niedoszłym „niezależnym” gubernatorem stanu Jonglei. Po ogłoszeniu wyników wyborów i jego przegranej w kwietniu 2010 roku rozpoczął zbrojną rebelię przeciwko GoSS, jako lider partii SSDM (South Sudan Democratic Movement) i przywódca jej militarnego ramienia SSA (South Sudan Army). Obszarem jego działania była północno-zachodnia część stanu Jonglei, na południowy-zachód od Malakal. Tuż przed referendum zostało podpisane tymczasowe zawieszenie broni między Athorem a SPLA, jednak niespełna miesiąc później zostało ono brutalnie złamane. W lutowych walkach w okręgu Fangak zginęło kilkaset osób, w tym wielu cywili, zaś obie strony oskarżają się o rozpoczęcie walk. W marcu Athor musiał opuścić swoją polową kryjówkę w okręgu Pigi, a jego siły zostały prawdopodobnie zepchnięte pod granicę z Etiopią. Athor utrzymuje jednak, że po jego stronie walczą także inni rebelianci, m.in. przywódca milicji Szylluków kapitan Olony ze stanu Upper Nile oraz pro-chartumski lider bojówek Nuerów, generał Bapiny Monituel ze stanu Unity.
  • Wrak arabskiego czołgu (droga na Bor)

    Gatluak Gai jest Nuerem z okręgu Koch w stanie Unity, gdzie pracował w służbie więziennej. Jego aspiracją było zostać komisarzem okręgu Koch, do czego dążył popierając w ubiegłorocznych wyborach niezależnego kandydata na gubernatora stanu, panią Angelinę Teny, żonę wiceprezydenta Rieka Machara. Po jej przegranej zatakował garnizony SPLA. Graniczny stan Unity ze swoimi polami naftowymi  jest jednym z najbardziej strategicznych rejonów dla GoSS, i zarazem niezwykle trudnym ze względu na wewnętrzne podziały wśród miejscowej ludności, wciąż mocno podkreślone na skutek wieloletniej, częściowo bratobójczej wojny. Działa tu wiele uzbrojonych grup bandyckich, a na dodatek północna część stanu stanowi tradycyjne sezonowe pastwiska dla zarabizowanych Misseriya popierających Północ. Nazwisko Gatluak Gai łączy się z pomniejszymi watażkami jak Kol Chara Nyang czy Matthew Pul Jang  ‘Ko Jang’. Uważa się, że Gai przewodzi różnym uzbrojonym grupom w Unity, jednakże ten nigdy nie wypowiedział się publicznie w tej sprawie, jak i swojej rebelii.

  • Żołnierz SPLA na drodze na Yei

    Peter Gadet Yak to kolejny pro-chartumski lider milicji walczący z SPLA podczas wojny, który następnie na mocy porozumienia pokojowego CPA (Comprehensive Peace Agreement) został majorem-generałem SPLA. Podczas wojny dowodzący SSUM/A (South Sudan Unity Movement/Army) Gadet brał udział m.in. w brutalnym „oczyszczaniu” rozległych terenów pól naftowych w stanie Unity. Po wojnie piastował wysokie stanowiska w stanie Northern Bahr el Ghazal i Upper Nile. Figuruje także jako członek amerykańskiej firmy dzierżawiącej 400 tysięcy hektarów ziemi w celach eksploatacji surowców po proklamowaniu niepodległości Sudanu Południowego. Wrzawa podniosła się 28 marca br., gdy Gadet ogłosił wystąpienie z szeregów SPLA, a następnie potwierdził pogłoskę, jakoby współpracował z Georgem Athorem.  Dwa tygodnie później Gadet ogłosił „Deklaracje z Mayom”. Mowa w niej o dążeniu do zastąpienia zdominowanego przez SPLM rządu nowym, opartym na przedstawicielach wszystkich partii ze wszystkich stanów. Krytykuje niedemokratyczne rządy SPLM, nadęte południowosudańskie siły zbrojne i słabo wyszkoloną policję… Oskarża SPLM/A o korupcję i trybalizm, a niski poziom bezpieczeństwa wiąże z pozbawieniem władzy tradycyjnych przywódców. Zbrojne ugrupowanie Gadet’a, South Sudan Liberation Army (SSLA), operuje w bogatym w złoża ropy i gazu stanie Unity. Pierwsze starcia z SPLA miały miejsce 19 kwietnia br. w rodzinnym okręgu Gadet’a – Mayom. Od tego czasu zginęło kilkadziesiąt osób, zaś 4 tysiące opuściło swoje domy. Ewakuowano także 200 pracowników pracujących na polach naftowych. Gadet zaprzecza, jakoby miał coś wspólnego z milicjami Misseriya, z którymi ścierała się ostatnio SPLA, za to twierdzi, iż Gatluak Gai, który rozpoczął powstanie rok temu po wyborach, walczy obecnie pod jego komendą.

  • Żołnierz SPLA przy wraku arabskiego wozu pancernego (droga na Yei)

    Kapitan Johnson Olony (Olonyi) działa w stanie Upper Nile, w Królestwie Szylluków. Jest odpowiedzialny m.in. za atak na Malakal, stolicę stanu Upper Nile 12 marca br., po którym SPLA aresztowało wielu Szylluków oskarżając ich o wspieranie rebelii. W  regionie tym zrobiło się gorąco po ubiegłorocznych wyborach, kiedy to SPLM/A odmówiło uznania czterech Szylluków, zwycięskich kandydatów do parlamentu startujących z ramienia opozycyjnej partii SPLM-DC ( Sudan People’s Liberation Movement for Democratic Change). Niedoszli posłowie zostali aresztowani i byli przetrzymywani aż do wreśnia, kiedy to South Sudan Legislative Assembly (SSLA) przywróciło im immunitety jako członkom parlamentu. Niefortunne posunięcie SPLM/A wywołało eskalację przemocy na ziemiach Szylluków, a zbrojny opór i bandytyzm trwa tam aż po dziś dzień. SPLM-DC oddzieliło się od SPLM w roku 2009 pod przewodnictwem byłego ministra spraw  zagranicznych – dr Lama Akol‚a. SPLM oskarża Akol’a o tworzenie zbrojnego ramienia SPLM-DC i obarcza go odpowiedzialnością m.in. za atak na Malakal, jednak Akol konsekwentnie zaprzecza jakoby jego partia miała jakiekolwiek związki ze zbrojnymi milicjami. Szylluckie milicje działały w ubiegłym roku pod wodzą kapitana Roberta Gwanga, który prawdopodobnie połączył siły z Georgem Athorem. Tegoroczne akcje zbrojne prowadzone były pod przewodnictwem kapitana Johnsona Olony (Olonyi). Szyllukowie oskarżają władze stanu, zdominowanego przez Dinków i Nuerów, o stronniczość w sporach o ziemie między Szyllukami a Dinkami. Natomiast konflikt na poziomie wyższej polityki, w tym aresztowanie posłów, wynika z osobistych i propagandowych porachunków pomiędzy odwiecznymi rywalami: sekretarzem generalnym SPLM generałem Pagan Amum, a Lamem Akol’em. Obaj panowie są Szyllukami, jednak ponad interesami tej grupy etnicznej, stanu czy wreszcie demokracji w Sudanie Południowym stoi wzajemna niechęć. Akol raz po raz oskarżany jest przez Amuma o organizowanie zbrojnych bojówek i współpracę z Chartumem. Dr Akol podczas ostatniej wojny co prawda zmieniał kilkakrotnie front, piastując nawet stanowisko ministra transportu w rządzie NCP, jednakże obecnie nie ma ewidentnych dowodów na jego kolaborację z Chartumem. Sam Akol zaprzecza jakimkolwiek układom z Północą i wspieraniu milicji, a ostatnio zapowiedział, że pozwie Amuma do sądu za pomówienia.

  • David Yauyau pochodzi z grupy etnicznej Murle, swą rebelię rozpoczął po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych, gdy jako niezależny kandydat przegrał z Judy Jokongole z rządzącej partii SPLM. David w odróżnieniu od innych przywódców rebelii, nie jest wojskowym lecz teologiem. Obszar jego aktywności ogranicza się do jego rodzinnego okręgu Pibor oraz Gumuruk na wschodzie stanu Jonglei, tuż przy granicy z Etiopią. Yauyau walczy przeciw SPLM/A i dyskryminacji Murle na wyższych szczeblach władzy, jednakże nie ma on poparcia wśród starszyzny i elit Murle. Popiera go jedynie część młodych i uważa się, że prawdziwą przyczyną jego powstania są wewnętrzne podziały wśród Murle i lokalna polityka. GoSS wydaje się nie przejmować specjalnie rebelią Yauyau ze względu na małą liczebność jego oddziałów, peryferyjny teren działań i przede wszystkim brak zagrożenia z jego strony dla wielkiej polityki. Od lutego nie notowano ataków tej grupy.
  • Gabriel Tang Gatwich Chan zwany Tang-Ginye, czyli „long pipe” jest Nuerem z okręgu Fangak w stanie Jonglei. Jego pseudonim ściśle wiąże się z najgorszymi wydarzeniami ostatniej wojny domowej w Sudanie (1983-2005), w szczególności z krwawymi falami wewnętrznej przemocy wśród Południowców: pomiędzy Dinkami a Nuerami, czy też pomiędzy różnymi nuerskimi grupami. Po wojnie pozostał wierny Chartumowi, odmówił wstąpienia do SPLA i służył jako generał major w SAF (Sudan Armed Forces, wojsku Północy). Dwukrotnie jego wizyta na Południu (2006 i 2009) doprowadziła do wewnętrznych walk w jednostkach JIU (Joint Integrated Units) powstałych na mocy porozumienia pokojowego CPA i złożonych z sił SAF i SPLA. W lutym 2011 w stanie Upper Nile, w tym w Malakal, ponownie dochodziło do wewnętrznych walk w obrębie SAF JIU. Wcześniej Tang-Ginye widziany był z dużą grupą uzbrojonych mężczyzn przemieszczając się z Północy przez Upper Nile. SPLA twierdziło, że zmierza do Fangak połączyć siły z rebelią Athora, jednak ostatecznie na początku kwietnia wysłał część swoich ludzi do integracji w szeregi SPLA. Incydent podczas tego wydarzenia doprowadził do trzydniowych walk pomiędzy oddziałami Tanga a SPLA, w których śmierć poniosło ponad 60 osób. Pomimo tego Tang-Ginye postanowił kontynuować proces integracji oddając 1300 swoich ludzi do włączenia w szeregi SPLA.
  • Generał major Abdel-Bagi Ayii Akol, były doradca prezydenta Południa Salva Kiir’a, ogłosił swoja rebelię przeciwko GoSS i SPLM 10 marca w Chartumie. W czasie wojny walczył po stronie Północy stacjonując w Południowym Kordofanie i przeprowadzając akcje przeciwko ludności cywilnej w swoim rodzinnym stanie Northern Bahr el Ghazal. Ayii utrzymuje, że przyłączyło się do niego 3000 żołnierzy SPLA, jednakże armia Południa zaprzecza tym doniesieniom, twierdząc że żaden z jej żołnierzy nie zdezerterował do Akola. SPLA sugeruje, że Ayii organizuje bojówkę na bazie  Murrahaleen, uzbrojonych band wywodzących się z Rizeiqat i Misseriya z Południowego Darfuru i Południowego Kordofanu, czyli zarabizowanych, koczowniczych plemion z pogranicza Północy i Południa. Ayii postuluje, że walczy przeciw marginalizacji muzułmanów na Południu, domagając się 30% miejsc w rządzie GoSS dla wyznawców islamu.
  • Osobną i najważniejszą kwestią jest problem spornego regionu Abyei. Jest to temat rzeka, więc postaram się tylko pokrótce przybliżyć jego istotę. Abyei to roponośny kawałek Sudanu wciśnięty pomiędzy południowy Kordofan, południowo-wschodni Darfur, oraz trzy stany Południa: Northern Bahr el Ghazal, Warrap i Unity. Rządy obydwu Sudanów uważają te ziemie za swoje. Na stałe żyją tu Dinka Ngok, jednak tereny te są zwyczajowym miejscem wypasu bydła w porze suchej dla zarabizowanych półkoczowników Misseriya. Abyei było jedynym okręgiem Sudanu Południowego, gdzie nie odbyło się styczniowe referendum, gdyż rządząca na Północy NCP oraz SPLM z Południa nie mogły dojść do kompromisu, kto jest tu uprawniony do głosowania. Mimo to 9 tradycyjnych wodzów klanów Dinka Ngok w regionie po konsultacjach ze swoimi społecznościami zdecydowało o przyłączeniu do Południa. Zarówno NCP jak i SPLM podjęło działania, aby nie dopuścić do tej „samowoli”, a prezydent Sudanu Omar al Bashir zagroził wojną gdyby do tego doszło. Od początku roku Abyei jest świadkiem najkrwawszych od 2008 roku incydentów, w których szacunkowo życie straciło już ponad 300 osób, a tysiące musiało opuścić swoje domy. Milicje Misseriya przy użyciu ciężkich karabinów maszynowych atakowały zarówno posterunki policji jak i ludność cywilną. Świadkowie twierdzą, że w niektórych atakach brały udział pojazdy SAF (armii Sudanu Północnego), a sama taktyka prowadzonych działań przypomina akcje „oczyszczania” terenu z rdzennych Dinka Ngok, jakie to miały miejsce podczas ostatniej wojny domowej w Sudanie (wtedy czystki umożliwiły wybudowanie instalacji naftowych na polu Diffra). NCP oczywiście zaprzecza jakimkolwiek działaniom SAF w okręgu Abyei. Zdjęcia satelitarne ukazują, że zarówno Północ jak i Południe umacniają swoje pozycje wokół Abyei (SAF m.in. czołgi i helikoptery), i uważa się, że tworzą także oddziały w obrębie spornego terytorium. Na 10 tygodni przed proklamacją niepodległości przez Sudan Południowy kwestia Abyei wydaje się być najpoważniejszą przeszkodą dla pokojowej secesji. Nie ustalona jest linia demarkacyjna ani status okręgu, a wypowiedzi obu stron w kwestii przyszłości Abyei stają się coraz bardziej stanowcze i bezkompromisowe.

Powyższy przekrój toczących się aktualnie rebelii w Sudanie Południowym pokazuje, że nie ma dla nich wspólnego mianownika. Choć wiele z nich rozpoczęło się po ubiegłorocznych wyborach, ich liderzy różnią się między sobą pod względem przynależności plemiennej i aspiracji. Mamy więc niedoszłego kandydata na gubernatora stanu z pochodzenia Padeng Dinka, kandydata na posła z Murle oraz pretendenta na komisarza okręgu, który jest Nuerem. Choć GoSS faktycznie zdominowany jest przez Dinków (37,5% ministerialnych stanowisk obsadza właśnie ta grupa etniczna), to należy pamiętać, że stanowią oni większość w Sudanie Południowym. Z kolei druga co do liczebności grupa etniczna – Nuerowie, zajmuje większość stanowisk oficerskich w SPLA, a także kilka stołków ministerialnych oraz fotel wice-prezydenta Sudanu Południowego.

Nie wiem, czy ubiegłoroczne wybory odbyły się w 100% zgodnie z normami demokratycznymi, ale wiem, że dla większości mieszkańców Południa była to pierwsza w życiu możliwość oddania głosu. I wcale nie dziwię się, że SPLM, partia która doprowadziła Sudan Południowy do wolności, wygrała wybory. Wszak podobnie było w Polsce, no może nie tak jednomyślnie, ale jednak w pierszych chwilach po obaleniu PRL głosowaliśmy na „Solidarność” i jej lidera. Dopiero po paru latach scena polityczna się zrównoważyła, stawiając bardziej na programy niż historię i emocje.

Do zrozumienia tego, co dzieje się w Sudanie Południowym nie możemy jednak interpolować tutejszych sytuacji na europejskie realia, nie możemy patrzeć przez pryzmat naszego kraju, chyba jedynie po to, aby podkreślić różnice. Bo Europa i Sudan to dwa całkowicie odmienne światy. Chociażby nasze zwyczajowe „dziękuję” – w języku Nuerów nie ma takiego słowa, ani nawet wyrażenia, które by oddawało jego sens… ale wróćmy do naszych rebeliantów.

A propos post-wyborczych powstań, widzę to mniej więcej tak:

– zawiedzeni demokracją chłopcy chwycili za broń, aby „demokratycznie” upomnieć się o to, co według nich im się należy. Do wybuchu powstań przyczyniły się także antagonizmy i tarcia w obrębie SPLM/A bądź też lokalnych społeczności.

– dla ludzi, którzy spędzili całe dekady w buszu, powrót do walki zbrojnej wydaje się jak najbardziej naturalny.

– w niektórych przypadkach do rebelii popychać może tęsknota do żołnierskiego życia w buszu i w ten sposób pojmowanej „wolności”

Południowosudańska wyższej klasy droga w porze deszczowej

– dziwić może, dlaczego armia nie radzi sobie z rebeliantami, ale zapomnijcie o mocno zagęszczonej Europie – Sudan Południowy to rozległy kraj, dwa razy większy od Polski, gdzie żyje nie więcej niż 10 milionów ludzi. Ogromne połacie kraju są nieomal puste, spora część to jeden z największych na świecie obszarów bagiennych – Sudd, zaś brak dróg i jakiejkolwiek infrastruktury sprawia, że trudno panować nad takim terytorium. Słowem jest to teren idealny do podjazdowej walki partyzanckiej.

–  pomimo akcji rozbrajania cywili, tradycyjnie mężczyzna powinien posiadać broń. Na prowincji wciąż widzi się pasterzy z kałasznikowami bądź też uzbrojonych ludzi maszerujących wzdłuż drogi… nawet jeśli mają jakieś mundury, to kto to wie skąd idą, dokąd i po co? a jeśli nie przemieszczają się wzdłuż drogi, tylko przez busz to już Bóg jeden wie co i gdzie. Szacuje się, że w rękach ludności cywilnej w Sudanie Południowym pozostaje około 720 tysięcy sztuk broni palnej, czyli jakieś 8 sztuk na 100 mieszkańców (dane na rok 2009 wg http://www.smallarmssurveysudan.org).

Bydło na ulicach stolicy

– nilocką tradycją są także zbrojne podjazdy po bydło. Próbuje się walczyć z tym procederem, który raz po raz destabilizuje jakiś region i prowadzi do zamieszek, ale jak powyżej – Sudan Południowy jest zbyt rozległy, pusty i na głębokiej prowincji oddalony od tzw. „cywilizowanego świata” o całe pokolenia. Popatrzmy chociażby na ostatnie wydarzenia z okręgu Pibor we wschodniej części stanu Jonglei, przy granicy z Etiopią. W starciach między Nuer Lou a Murle pod koniec kwietnia zginęło ponad 400 osób, uprowadzonych zaś zostało ponad 100 tysięcy sztuk bydła!

Biorąc pod uwagę powyższe fakty, nie można mówić o wojnie w Sudanie Południowym, bo to nie wojna lecz powojenna codzienność kraju, który dąży do normalizacji… ale do tego jeszcze daleka droga. I choć rebelii i wewnętrznych problemów nie można lekceważyć, to najpoważniejszym wyzwaniem dla GoSS wydaje się być wypracowanie odpowiednich stosunków z północnym sąsiadem, czyli przede wszystkim znalezienie kompromisu w sprawie Abyei. Przyszłość nie jest pewna, ale nie musi być tragiczna. Fatalistyczne artykuły o nadchodzących wewnętrznych walkach między południowosudańskimi grupami etnicznymi, masakrach, czy wreszcie kolejnych dekadach wojny z Północą, które pojawiały się w polskich mediach przed, w trakcie i po referendum to nic więcej, jak ponure prorokowanie przez pryzmat redaktorskiego fotela i komputera. Zresztą nie tylko dziennikarze dodają grozy sytuacji w Sudanie Południowym, także kampanie medialne organizacji pomocowych bazują na emocjach i mocno naciąganych faktach.

Gdy byłem w Polsce i czytałem doniesienia o kradzieży setek czy tysięcy sztuk bydła to wydawało mi się to przerażające i nieprawdopodobne, ale z perspektywy Sudanu to się po prostu tutaj nadal zdarza, i nadal jest to straszne, lecz jest to fakt głęboko zakorzeniony w tradycji. Podobnie jest z rebeliantami, wszak tradycyjny porządek społeczny Nuerów to wg Evansa-Pritcharda „uporządkowana anarchia”. Nasza szlachta też swego czasu lubowała się w podjazdach i różnie pojmowała swobodę. Czasy się zmieniły i zmieniają się nadal. I doprawdy nie wiem co czeka Sudan Południowy, ale daleki jestem od interpretowania doniesień medialnych w czarnych barwach, ba widzę nawet ten świat z nadzieją na zielono.

Jakub Pająk

Juba, Sudan Południowy

Zbiorcze zestawienie zgonów podczas konfliktów w roku 2010 (za http://www.smallarmssurveysudan.org/).

Link do mapy w formacie PDF: HSBA-Map-Cumulative-Figures-2010

Kryzys paliwowy w Juba

Dodaj komentarz

Podobnie jak to miało miejsce przed styczniowym referendum, tak i teraz przed proklamowaniem niepodległości przez Sudan Południowy kraj pogrążył się w kryzysie paliwowym. Choć na Południu znajduje się lwia część złóż ropy naftowej Sudanu, jednak rurociągi prowadzą na Północ, gdzie też zlokalizowane są rafinerie. Tak więc południowosudańska ropa płynie na północ, jednak od ładnych paru tygodni nie wraca na Południe.

Obecna sytuacja jest o wiele bardziej poważna niż w styczniu, kiedy to kryzys odbił sie w zasadzie tylko na 20-30% podwyżce cen paliwa. Teraz paliwa po prostu nie ma, albo inaczej jest tylko dla wybranych. Najpierw zaczęło brakować benzyny, co w pejzażu ulicy wymalowało się wieluset-metrowymi kolejkami do stacji paliwowych mototaksówek boda-boda. Przez pewien czas po mieście krążyły swego rodzaju motocyklowe gangi – grupy boda-bodowców, ale z reguły krążyły od stacji do stacji jedynie za plotkami, że gdzieś tam zaczęli tankować. Warkot roju chińskich motorków pojawiał się i znikał wraz ze spuszczonymi nosami ich właścicieli. Plus taki, że im mniej boda-boda na ulicach tym bezpieczniej w ruchu drogowym…

Po benzynie przyszła kryska na diesla. Niemal całe miasto prcuje na dieslu. Ropę leje się do większości samochodów osobowych, matatu czyli busików odpowiedzialnych za miejski, podmiejski i regionalny transport, ciężarówek i autobusów, maszyn budowlanych i generatorów… Aby zrozumieć powagę sytuacji, musicie zdać sobie sprawę, że brak diesla w Juba oznacza nie tylko zatrzymanie ruchu na ulicach, ale przede wszystkim brak prądu w stolicy zasilanej w przewadze z generatorów oraz brak wody, kiedy to wody nie da się dowieźć beczkowozami (bo nie mają jak jeździć) bądź wypompować spod ziemi z powodu braku prądu. Następuje więc paraliż na wielu płaszczyznach…

Ceny paliwa na czarnym rynku osiągają horrendalne ceny. Litr diesla kosztował 4 funty sudańskie (ok. 1,3$), na czarnym rynku sięga zaś 20 a jak plotki głoszą nawet 40 funtów! Rząd wprowadził jednak ograniczenia na stacje paliw ustalając maksymalną cenę za litr na poziomie 5 funtów. Co z tego, skoro stacje nie mają bądź nie wyprzedają ostatków swoich zapasów? Czarny rynek kwitnie, choć służby bezpieczeństa mają na oku wszystkie stacje.

Sytuacja jest tak poważna, że w ostatnich dniach do tankowania uprawnione są tylko niektóre pojazdzy rządowe i użyteczności publicznej. Godzina siódma rano. Do jednej ze stacji na przedmieściach Juba ustawiła się długa kolejka, w jednym rzędzie benzynowe motocykle, w drugim pojazdy napędzane dieslem. Na dodatek setka ludzi z żółtymi plastykowymi baniakami i butelkami po wodzie także wierzy, że uda im się zdobyć choćby parę litrów. Security w granatowych mundurach moro z metrowymi drewnianymi bąź metalowymi pałkami próbuje panować nad tłumem torując drogę pojazdom uprzywilejowanym. Ustawia się ambulance, śmieciarki, jakieś samochody z rządowymi rejestracjami GoSS. Tankowanie nie rozpocznie się jednak, dopóki nie pojawią się panowie ze służby bezpieczeńtwa, doglądający kto tankuje i czy oby nie za więcej niż ustawowe 5 funtów. W końcu po ósmej pojawiają się wysmukli kolesie w ciemnych okularach, koszulach i spodniach w kantkę oraz najwłaściwszym atrybutem władzy – AK47 vel kałasznikow przeweszonym przez ramię. W pokazie siły organizują kolejkę „karnistrowców”, po czym pozwalają somalijskim właścicielom stacji tankować. Udaje się! Popracujemy przez następny tydzień i nic to, że w domu prądu nie ma już od dwóch tygodni. Priorytety…

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Rządy obydwu Sudanów od dawna nie mogą się porozumieć, jak podzielić ropę i zyski z niej. Złoża leżą na pograniczu, w większości na Południu, jednak rurociągi i rafinerie na Północy. Co począć z takim węzłem gordyjskim, w sytuacji kiedy za niecały miesiąc jedna część Sudanu będzie niepodległa od drugiej? Ponoć strony osiągnęły tymczasowe porozumienie, ponoć barki z paliwem płyną w górę Nilu Białego i zbliżają się do Juba, jednak muszę szybko kończyć wpis, aby zdążyć przed końcem baterii w laptopie. Kto wie gdzie i  kiedy przyjdzie się doładować?

Sudan Południowy w Gazecie Wyborczej

1 komentarz

W dzisiejszym (31.03.2011 r.) internetowym wydaniu Gazety Wyborczej pojawił się artykuł na temat Sudanu Południowego (http://wyborcza.pl/1,75477,9349235,Sudan_wciaz_w_ogniu_walk.html) autorstwa Wojciecha Jagielskiego. Niestety nie polecam jego lektury, gdyż zakłamuje on faktyczną sytuację w kraju, jest chaotyczny i zawiera błędy (m.in. pani Angelina nie jest obecnie żadnym ministrem). Artykuł podkreśla wewnętrzne konflikty w Sudanie Południowym pomiędzy różnymi grupami etnicznymi, ale nie stanowią one bezpośredniej przyczyny większości ostatnich walk na północy Południa. Jak tylko znajdę czas przybliżę Wam sylwetki powstałych ostatnio rebelianów i ich działania. Mowa o wojnie w Sudanie Południowym jest grubo, grubo na wyrost, podobnie jak stwierdzenie, że krajem rządzą Dinka. Tutejsze układy są o wiele bardziej złożone…

… poza tym osobiście uważam za nieporozumienie używanie spolszczonych nazw geograficznych (choćby tak zalecała Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych, a nie zaleca), takich jak Dżuba zamiast Juba czy Dżunkali zamiast Jonglei.

Older Entries