A propos sytuacji w Kordofanie Południowym, o której  pośrednio pisałem w paru postach (Północ bombarduje Południe, Bashir grozi wojną), odkryłem ostatnio artykuł Matteo Fagotto opublikowany w lipcu br. przez Gazetę Wyborczą w Dużym Formacie http://wyborcza.pl/1,75480,9985767,Miedzy_Sudanem_a_Sudanem.html?as=1&startsz=x . Myślę, że tekst dobrze oddaje realia początku konfliktu w Południowym Kordofanie. Na wschód od Kordofanu leży Abyei, zajęty przez Północ w maju br. a jeszcze dalej Darfur, na zachód zaś znajduje się prowincja Nil Błękitny, w której zbrojne powstanie przeciwko Chartumowi zaczęło się w sierpniu 2011. Tak więc całe pogranicze Północy i Południa pozostaje w ogniu, ciekawe czy szaleńcza polityka Chartumu doprowadzi do dalszego rozpadu Północy i przyłączenia murzyńskich Gór Nuba (Kordofan Południowy), Nilu Błękitnego i wreszcie Abyei do Sudanu Południowego? A jeśli, to ile jeszcze krwi musi zostać przelane? Poniżej przytaczam tekst artykułu z Dużego Formatu Gazety Wyborczej:

Między Sudanem a Sudanem

9 lipca ogłoszono niepodległość Sudanu Południowego. Jednak od tygodni na pograniczu obu Sudanów toczy się nowa wojna. Zielone zbocza Gór Nubijskich (w regionie Kordofan Południowy) zamieszkane są głównie przez murzyńskie plemiona, które zawsze czuły się dyskryminowane przez arabski rząd w Chartumie

Duży Format, Gazeta Wyborcza (lipiec 2011)

Przez 50 lat mieszkańcy regionu toczyli partyzancką walkę o niezależność od Chartumu, którą zakończył rozejm, a potem referendum w styczniu tego roku. 98 proc. mieszkańców Południa było za secesją od arabskiej Północy.
Ale o mieszkańcach tego regionu zapomniano. Granica z 1956 roku, która była podstawą rozejmu, pozostawiła Kordofan Południowy pod kontrolą Północy. Nubijczykom zamiast referendum obiecano „społeczne konsultacje”, w których mogliby wyrazić opinie na temat wprowadzenia w życie postanowień rozejmu. Niewiele osób wierzy, że Chartum kiedykolwiek na nie pozwoli.
 5 czerwca w Górach Nubijskich znów wybuchły walki między siłami rządowymi Chartumu i częścią dawnych bojowników Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu. Iskrą, która doprowadziła do wybuchu, były wybory nowego gubernatora regionu. Ahmed Haroun, kandydat partii rządzącej Sudanem Północnym, pokonał Abdul Aziza Adama Al-Hilu, popularnego lidera Ludowego Ruchu Wyzwolenia Sudanu. Ruch uznał wybory za sfałszowane, na co rząd w Chartumie nakazał bojownikom rozbroić się i podporządkować armii sudańskiej. Gdy wojsko weszło do stolicy regionu – Kadugli, dziesiątki tysięcy cywilów uciekły przed represjami, m.in. bombardowaniem.

Nie wiadomo, ile osób zginęło już w tym konflikcie. Według agend ONZ dach nad głową straciło 75 tys. osób, według lokalnych organizacji pozarządowych – dużo więcej.

Fatima Ramadan: Żyjemy jak zwierzęta

Fatima Ramadan ma 35 lat, mieszka we wsi Lowere, niedaleko miasta Kauda. Od miesiąca większość dnia spędza w pobliskich górach z czwórką najmłodszych dzieci (w wieku od 4 do 14 lat). W razie bombardowania wioski nie zdążyłaby pozbierać wszystkich i uciec z nimi. – Spędzamy tu całe dnie, nic nie robiąc. Czujemy się jak zwierzęta – mówi. Dodaje, że dzieci nauczyły się chronić do jaskiń, gdy tylko usłyszą silnik antonowa. – Kilka dni temu bomba wybuchła tuż koło jaskini. Do środka wleciało pełno dymu, pyłu i kamieni, na szczęście nikt nie został ranny.

Jedzenie donoszą Fatimie krewni ze wsi.

Mąż Fatimy w pierwszych dniach lutego przyłączył się do rebeliantów z Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu. – Od tego czasu nie mam z nim kontaktu – mówi kobieta, ale dodaje, że nie miałaby nic przeciwko wysłaniu starszego syna na wojnę. – Jeden już walczy – mówi z dumą.

Tysiące mieszkańców okolicznych wsi chowają się w górach tak jak Fatima. Pod wieczór, gdy naloty ustają, wracają do domów. Kobiety gotują kolację oraz szykują jedzenie i gromadzą wodę na następny dzień, gdy znowu pójdą w góry.

J.A.: Boję się o synów

– Uciekaliśmy w dziesięciu, do celu doszło nas czterech – opowiada J.A. (prosi o niepodawanie nazwiska ze względu na bezpieczeństwo rodziny).

J.A., 46 lat, ojciec czterech dorosłych synów, jest z zawodu stolarzem, a z przekonania działaczem Ludowego Ruchu Wyzwolenia Sudanu. Mieszka w stolicy Kordofanu – 100-tysięcznym Kadugli. Tam 5 czerwca zaczęły się walki.

– Przez dwa dni armia sudańska i milicja ostrzeliwały dom Abdul Aziza Adama Al-Hilu, lidera naszego ruchu – opowiada. – Trzeciego dnia zmieniły taktykę: włamały się do biura partii i znalazły listy jej członków. Żołnierze szukali ich dom po domu. Rodziny działaczy zostały aresztowane lub zabite, domy zniszczone.

Według J.A. już w pierwszych dniach zamieszek w Kadugli zginęło 50 osób. Ludzie uciekali do umocnionej bazy sił ONZ obsadzonej przez żołnierzy egipskich. Ale armia sudańska wyciągnęła stamtąd część cywilów i miejscowych pracowników bazy. J.A. twierdzi, że zostali zastrzeleni na miejscu. – Żołnierze oddziałów pokojowych nie zrobili nic. Za bardzo się bali. Jeden nawet się śmiał.

Czwartego dnia J.A. udało się uciec z miasta wraz z dziewięcioma innymi osobami. By ominąć posterunki armii sudańskiej, szli przez góry w kierunku umocnionego obozu partyzantów w okolicach Kaudy. – Czterech z nas dotarło – mówi. – Reszta została zabita lub złapana przez wojsko.

J.A. boi się o żonę i czterech dorosłych synów, którzy zostali w Kadugli. Podobno armia sudańska gromadzi w kilku miejscach cywilów, by użyć ich jako żywych tarcz. Przez kilka dni J.A. miał kontakt z najstarszym z synów, teraz komórka milczy. J.A. boi się, że mogą zostać zabici, gdyby wojsko odkryło, że są rodziną działacza Ruchu Wyzwolenia Sudanu.

Czy wtedy J.A. chwyciłby za broń, żeby ich pomścić? – Nie. Uważam, że są inne sposoby walki. Chcę, żeby nowi bojownicy, których szkolimy, wiedzieli, o co walczą. Chcę im pokazać, jak niesprawiedliwy jest rząd w Chartumie i jego polityka rugowania Afrykanów z własnej ziemi – mówi. – Problemem nie jest Nuba ani walka Południa z Północą. Problemem jest grupa ludzi, którzy kontrolują Chartum dla własnych korzyści. Niektórzy zostali już oskarżeni przez Trybunał w Hadze. Powinni przed nim stanąć, a ludziom w Sudanie pozwolić decydować o swej przyszłości.

Fawzya Osman: Ja nie mogę uciec

Ma 18 lat, pochodzi z liczącej kilkaset osób wsi Kapuo. Mieszka z babcią i bratem, rodzice zmarli podczas ostatniej wojny. Oboje z bratem nie chodzili nigdy do szkoły, musieli pracować na rodzinnym polu. Żywią się tym, co sami wyprodukują (głównie kukurydzą i sorgo). Niewielkie nadwyżki sprzedają, by kupić podstawowe produkty, np. mydło. Fawzya chciałaby założyć rodzinę, ale żaden chłopak nie poprosił jeszcze o jej rękę. Żaden nie zaproponował w zamian bydła, jak to jest w nubijskim zwyczaju.

22 czerwca Fawzya pracowała na polu, gdy zaczął się ostrzał pobliskiego miasta Kauda. – Byłyśmy we trzy – wspomina. – Jak tylko usłyszałam nadlatujące samoloty, upadłam na ziemię. Wszystko trwało tylko chwilę. Gdy wstałam, zobaczyłam, że jedna z dziewcząt nie żyje.

Przerażona z trudem doszła do domu rodziców zabitej dziewczyny. Od tamtej pory niepokoi ją każdy dźwięk silnika czy motoru.

Wielu mieszkańców jej wsi uciekło w góry z obawy przed bombami. Ale Fawzya została. – Nie mam wyjścia – wyjaśnia. – Idzie pora deszczowa. Jeśli teraz nie będę doglądała pola, czeka nas głód. Myślę codziennie o tym, co się zdarzyło. Przeżyłam bombardowania podczas poprzedniej wojny, ale nigdy czegoś takiego. Czy to się kiedyś skończy? Czy jeszcze wróci pokój?

Hussein Ngalokuri: Nosili osła na plecach

– 100 lat temu Arabowie błagali, byśmy pozwolili im przechodzić przez nasze ziemie i wypasać ich bydło na południu. Żywiliśmy ich i pomagaliśmy, choć nie musieliśmy. Teraz przychodzą do nas jak władcy – mówi Hussein Ngalokuri.

Ma 60 lat. Od 10 lat jest „al mak”, czyli przywódcą plemienia Otoro, jednego z kilkudziesięciu zamieszkujących Góry Nubijskie. Od czasów brytyjskich głównym zadaniem wodzów plemiennych jest reprezentowanie swoich ludzi i rozsądzanie sporów między nimi. Dawniej wodzów wyznaczała administracja kolonialna, teraz są oni wybierani i opłacani jak wszyscy urzędnicy państwowi.

Ngalokuri bywa także mediatorem w sporach pomiędzy plemionami. – W Sudanie prawo tradycyjne jest bardziej szanowane niż państwowe – tłumaczy. – Rząd często prosi nas o rozstrzygnięcie konfliktów, wobec których prawo państwowe jest bezradne.

Jako przywódca plemienia i absolwent wyższej szkoły misyjnej Hussein Ngalokuri zna historię Sudanu. – Rdzenni Afrykanie byli dyskryminowani od czasów kolonialnych. Brytyjczycy wzmacniali Arabów, ponieważ oni nigdy nie sprzeciwiali się ich rządom tak bardzo jak my. Na północy Sudanu budowano szkoły i całą infrastrukturę, a Góry Nubijskie były „obszarem zamkniętym”, tu nic nie można było budować lub unowocześniać. W rezultacie nasz region jest jednym z najbiedniejszych w kraju, bez utwardzonych dróg, opieki zdrowotnej, z mniejszą liczbą szkół.

Ngalokuri uważa, że sytuacja pogorszyła się jeszcze po uzyskaniu przez Sudan niepodległości w 1956 roku. Wtedy Chartum zaczął dodatkowo arabizację i islamizację. Zabierano ziemię Afrykańczykom i oddawano Arabom. Usilnie zniechęcano ludzi do noszenia afrykańskich imion, zostało zakazane używanie lokalnych języków w szkołach. Jeśli któryś z uczniów został na tym złapany, dostawał karę chłosty na oczach całej szkoły. I musiał nosić na plecach wizerunek osła. Jedynym sposobem, by się go pozbyć, było znalezienie innego kolegi popełniającego ten sam grzech i poddanie go temu samemu upokarzającemu procesowi. – Jestem muzułmaninem, ale to, co robią nam Arabowie, ma mało wspólnego z islamem – mówi Hussein Ngalokuri. – Dlatego dwa razy się zastanowię, zanim pozwolę córce wyjść za Araba. Bo w Afryce małżeństwa zawiera się między dwiema wspólnotami, a nie tylko dwiema osobami jak u was, w Europie.

Tom Catena: Nubijczycy są fantastyczni

Amerykański lekarz ma 47 lat, przez długi czas pracował w Stanach jako chirurg. W 2008 roku przyjechał w Góry Nubijskie jako wolontariusz chrześcijańskiej organizacji (prosi o niepodawanie jej nazwy). Zaczął kierować drugim co do wielkości szpitalem w regionie.

W tej chwili ze 180 łóżek szpitalnych 130 jest zajętych przez rannych w ostatnich nalotach na miasta Kurchi, Kauda i wieś Tes. – Sytuacja jest najgorsza, odkąd tu jestem – mówi Catena.

Kilka metrów od niego leży siedmioletnia dziewczynka. W jej kręgosłupie utkwił odłamek bomby, będzie sparaliżowana od piersi w dół na resztę życia. – Nie wiem, co zrobić – mówi lekarz. – Nawet w Stanach trudno byłoby ją wyleczyć, a tutaj to absolutnie beznadziejny przypadek.

Zagubiony w środku Gór Nubijskich szpital ma kłopoty z zaopatrzeniem, bo połączenia lotnicze są teraz niebezpieczne, a pora deszczowa utrudnia transport drogowy. Zrobili wcześniej zapasy, które powinny wystarczyć na kilka miesięcy, ale co będzie, jeśli walki przybiorą na sile?

Doktor Catena ma do pomocy aż 60 pielęgniarek, ale jest jedynym lekarzem. – Nie mam wyjścia – mówi. Kilka miesięcy temu proponowano mu ewakuację, lecz – w odróżnieniu od wielu innych cudzoziemców – został.

– W ostatnich miesiącach przed ogłoszeniem niepodległości u miejscowych wyczuwało się duże napięcie – mówi. – Było dużo ran od noża i bójek. Muszę jednak powiedzieć, że Nubijczycy są fantastyczni: uprzejmi, otwarci i gościnni.

Jacomo Tia Jibril: Jestem szczęśliwy, że siostra uciekła

14-latek, pochodzi z wioski Tes. Przed wojną chodził do szkoły w pobliskim Kurchi, kilka kilometrów od domu. Ale teraz szkoły są zamknięte i nikt nie wie, kiedy je znów otworzą. Gdy to nastąpi, Jacomo będzie się dalej uczył, żeby zostać prawnikiem, chociaż nie wie, czy rodzina ma dość pieniędzy, by zrealizować jego marzenie.

Jacomo jest jedną z pierwszych ofiar tej wojny. – Było koło 11 rano, prałem ubrania przy studni, gdy usłyszałem nadlatującego antonowa. Zacząłem uciekać. Moja siostra krzyczała, żebym padł na ziemię, ale nie słyszałem jej – spokojnie opowiada, siedząc na szpitalnym łóżku. – Próbowałem się schronić w pobliskiej cegielni, ale gdy wbiegałem do środka, wybuchła bomba. Odłamek zranił mnie w lewą rękę. Zabrano mnie do domu, matka próbowała zdezynfekować mi ranę solą i wodą, ale wyglądało to naprawdę źle – opowiada.

W szpitalu powiedziano mu, że rękę trzeba będzie amputować. – Jednak jestem szczęśliwy że moja siostra uciekła – mówi z dumą. – Była ze mną, ale nic się jej nie stało.

Źródło: Duży Format, Gazeta Wyborcza

Advertisements