Jesteśmy w Afryce… w Południowym Sudanie…

Lecąc tu z Warszawy przez Paryż byłam tak podekscytowana, jakby to był mój pierwszy lot.

Wpatrzona w szybę… myślałam, jak nam się zmieni świat. Niebo było przejrzyste, można było zobaczyć wszystko, co pokazywała nam strzałka na mapie w samolocie kenijskich linii lotniczych… Najbardziej ucieszył mnie widok granicy morza Śródziemnego z kontynentem afrykańskim…. poźniej wyżłobione, suche doliny rzeczne, które wkrótce zmieniły się w pisaki i wydmy  Sahary. Im bliżej Nairobi tym bardziej robiło się górzyście i zielono.

W stolicy Kenii wylądowałam nocą… To już drugi raz w Nairobi, jednak odprawa wizowa szła bardzo powoli… dłuuuuuga kolejka. Wymyślili sobie zbieranie  od wszystkich odcisków palców… trwało to i trwało… Odebrałam bagaż i radośnie powędrowałam do wyjścia. Zobaczyłam milion osób z tabliczkami mogących czekać właśnie na mnie, ale na żandej z nich nie było mojego nazwiska… Okazało się, że osoba, która miała  mnie odebrać, po prostu o tym zapomniała … Welcome in Africa 🙂

Oczekując na sudańską wizę spędziłam w Nairobi dwa dni, więc co było robić… włóczyłam się po mieście, spotykając ludzi (oczywiście niebezinteresownych 🙂 i wspominając miejsca, które miałam okazję odwiedzić po wyprawie z Afryką Nowaka. Taki mały bonus na dzień dobry – wiza miała być, a nie była, bo nie takie zdjęcie, zmiana przepisów, święto narodowe Sudanu Południowego, referendum w Kenii…

W końcu jednak doleciałam do Juby, choć cudem zdążyłam na samolot. Dokładnie o 14:00 dostałam sudańską wizę – wylot był o 15:00, a lotnisko po drugiej stronie zakorkowanego miasta. Taksówkarz powiedział „spróbujemy”… o godz. 14:50 dojechałam przed terminal i pędząc z bagażami na każdej kolejnej bramce krzyczałam, że mam samolot do Juby za 10 minut! Dzięki temu, że z taksówki zadzwoniłam na numer linii lotniczych, którymi leciałam… szef naszego lotu poczekał na mnie opóźniając odlot! odprawy prawie nie było… bagaż podręczny oraz duży plecak wniosłam na pokład sapiąc jak stara lokomotywa:)… po maratonie pomiędzy samolotami… przywitali mnie, w końcu! udało się! lecimy! za godzinę znajdę się w nowym kraju, innym świecie i w nowej pracy….

Przez okno krajobraz zmieniał się pozytywnie :)… na zielono… Sudan Południowy z góry wygląda jak wielka zielona łąka, gdzieniegdzie jakieś wzgórza i rzeki….

Wylądowałam w Jubie… jako pierwsza wyszłam z małego samolotu (ostatni-pierwszymi)… uderzyło mnie ciepło (gorąco, w porównaniu z temperaturą w Nairobi) podążałam w stronę czegoś, co jest lotniskiem…  choć bardziej przypomina duży magazyn 🙂

Za bramkami czekał na mnie uśmiechnięty Kubuś (PJK)… ja już po odprawie paszportowej… mała Aga pomiędzy wysokimi jak tyczki Sudańczykami… Odprawa bagażu wyglądała następująco… otwierają klapę plecaka, a potem piszą na nim jakiś znaczek kredą –  C (chyba „checked”)… wychodzisz i jesteś…

Kuba po drodze zabrał mnie jeszcze do Sądu Najwyższego, który obecnie remontował… z okna samochodu zobaczyłam stolicę Pd. Sudanu – Dżubę… ale napewno nie poznałam jej na tyle, by móc  cokolwiek napisać… Pierwsze co mnie zmartwiło to tony walających się tu śmieci… Nil Biały wygląda nienajgorzej… ale wszystkie mniejsze rzeczki, rowy, czy inne zagłębienia terenu wypełnione są syfiastym plastikiem, butelkami, papierami itp.

Advertisements