Koniec głodu w Somalii – kolej na Sudan Południowy?

2 Komentarze

Na stronie internetowej Gazety Wyborczej w dniu 23/02/2012 pojawił się artykuł Wojciecha Jagielskiego pt. „Koniec klęski głodu w Somalii. Teraz głoduje Sudan„. Chciałbym odnieść się do części tekstu tyczącej Sudanu Południowego: Klęska głodu grozi najmłodszemu państwu świata, powstałemu w lipcu 2011 r. Sudanowi Południowemu. Walki zwaśnionych ludów o pastwiska i wodopoje, a także polityczne spory o władzę przekształcają się coraz bardziej w wojnę domową, podsycaną przez wrogi Południu Chartum, stolicę Sudanu. Według szacunków ONZ pomocy żywnościowej w Sudanie Południowym potrzebuje już prawie 5 mln ludzi, czyli połowa ludności kraju, a liczba ta stale rośnie.

Fakt faktem ONZ szacuje, że blisko 5 milionów ludzi zagrożonych jest w tym roku głodem, i liczba ta stanowi ponad połowę ludności Sudanu Południowego. W południowosudańskich mediach słyszy się, że liczba ludzi zagrożonych głodem wyniesie od 1/3 do 1/2 społeczeństwa ( w zależności od źródła informacji i nie wiem na czym bazują te szacunki). Jedynym stanem Sudanu Południowego, który produkuje nadwyżkę żywności jest Ekwatoria Zachodnia (Western Equatoria), problem jednak w tm, że nie ma dróg, aby tę nadwyżkę rozdysponować do potrzebujących w innych stanach. Nie wiem jak bardzo przesadzone są szacunki ONZ i NGO’sów (wszak im bardziej dramatyczna liczba, tym większe pieniądze można wyciągnąć od donorów), ale faktem jest, że w Sudanie Południowym jest mnóstwo potrzebujących, a ludzie umierają z głodu. Należałoby w tym miejscu powiedzieć co nieco o przyczynach takiej sytuacji, tym bardziej, że jest ona zupełnie odmienna od tej w Rogu Afryki. W Sudanie Południowym nie chodzi o suszę, ale raczej o sytuację polityczną i wewętrzne konflikty zbrojne. Co prawda pora sucha trwa, ale za parę miesięcy spadną deszcze i ziemia zacznie rodzić, tak jak co roku. Problem w tym, że bardzo kruche mikro-rolnictwo, które odrodziło się po wojnie, nie jest w stanie udźwignąć ciężaru nieszczęść spadających na poszczególne rejony. Graniczące z Północą tereny od maja/września (w zależności od rejonu) przyjmują uchodźców z Sudanu Północnego. W związku z toczącymi się rebeliami w prowincji Południowy Kordofan i Nil Błękitny, nierozwiązanym problemem regionu Abyei oraz kilku pomniejszych granicznych obszarów, na Południu znajduje się jakieś stokilkadziesiąt tysięcy??? (kto wie ile na prawdę?) uchodźców z Północy. Dramatyczną sytuację komplikuje fakt, że granica Północ-Południe od miesięcy pozostaje zamknięta, co sprawia, że cała północ Południa odcięta jest niemal całkowicie od dostaw żywności. Przed secesją zdecydowana większość towarów trafiała tu właśnie z Północy, natomiast obecnie transport żywności z Kenii czy Ugandy ponad tysiąc kilometrów bezdrożami Sudanu Południowego jest raczej mocno ograniczony. Najlepsza sytuacja pod tym względem jest na wschód od Nilu, gdzie w porze suchej można dostarczyć produkty z Etiopii. Zatem niemal całe pogranicze jest w kropce, zarówno lokalni mieszkańcy jak i uchodźcy, granica z Północą zamknięta, a inne korytarze transportu jeszcze nie zdążyły się rozwinąć. 

Z kolei w stanach takich jak Jonglei, Unity, Warrap (na mniejszą skalę także Lakes i Bahr el-Ghazale), w których doszło do zaognienia się konfliktów etnicznych mamy do czynienia z problemem uchodźctwa wewnętrznego IDP (Internally Displaced Person). W obawie przed uzbrojonymi bojówkami ludzie porzucali swoje wioski i uciekali w busz. Ich chaty oraz uprawy zostały zniszczone, co przy braku gotówki oznacza głód, o ile nie dostaną oni wsparcia od rządu czy też organizacji międzynarodowych. Ilu ich jest? Sto-dwieście tysięcy, kto to wie? W odniesieniu do artykułu Jagielskiego istotne jest, że NIE są to ofiary „walk zwaśnionych ludów o pastwiska i wodopoje”. To zbyt duże uproszczenie, które dawniej faktycznie miało miejsce ale na pograniczu Północ-Południe, gdzie arabscy koczownicy w porze suchej zwykli korzystać z pastwisk i wodopojów murzyńskich ludów Południa. W tym roku nie słychać o problemach na tym tle, bo niemal całe pogranicze jest w ogniu walk. Pomimo to niektóre społeczności Południa zezwoliły na tradycyjny wypas na ich terenie, pod warunkiem ograniczenia liczby broni wśród nomadów z Północy. Natomiast w przypadku konfliktów, o których mowa w artykule i które mają miejsce w tym roku, NIE chodzi o pastwiska czy wodopoje. Wszystko to są akcje prowadzone przez uzbrojone młodzieżówki jednej grupy etnicznej w ramach zemsty za krzywdy wyrządzone wcześniej przez inną z grup. Ponieważ te waśnie niejednokrotnie zaczęły się kilkadziesiąt lat temu, powstała z tego samonakręcająca się spirala nienawiści. Kto dziś pamięta jak się to zaczęło? Czy naprawdę tak jak w przypadku konfliktu Lou Nuer i Murle, od dwóch byków zakleszczonych rogami w latach pięćdziesiątych, z których jeden jakoby musiał zginąć? Może, problem w tym, że zemsty nie mają końca, a w związku z ogromną ilością broni na południowosudańskiej prowincji akcje odwetowe koszą coraz większe żniwo. W Jonglei zginęło od początku pory suchej ponad 1200 osób, uprowadzono stokilkadziesiąt tysięcy sztuk bydła, oraz setki kobiet i dzieci. Rozchodzi się właśnie o głęboko zakorzenioną w tradycji wendettę, potrzebę zdobywania bydła na wiano (młodzi nie mają pracy, ale mają broń, stąd najprostsza droga do małżeństwa przez podjazdy po bydło), a przy okazji porywanie kobiet i dzieci. Rząd uchwalił ostatnio tymczasową konstytucję dla stanu Jonglei, organizowane sa pojednawcze spotkania, wkrótce ma zacząć się kolejna akcja rozzbrojeniowa Jonglei itd., ale droga do ostatecznego rozwiązania powyższego problemu wydaje się jeszcze daleka. Tymczasem w związku z sytauacją zagrożonych głodem są setki tysięcy osób. Dodam jeszcze tylko tyle, że problem nie jest nowy i jeśli przegrzebiecie archiwa BBC czy innego serwisu to odkryjecie, że podobne historie działy się rok w rok w Sudanie Południowym w porze suchej.

Na koniec a propos ” polityczne spory o władzę przekształcają się coraz bardziej w wojnę domową, podsycaną przez wrogi Południu Chartum, stolicę Sudanu”. Nowa demokracja z całą pewnością nie jest super-demokratyczna i polityczne spory przybierają tu rozmaite ekstremalne formy, m.in. bunt obrażonych poszkodowanych w postaci rebelii przeciwko władzy w Dżubie. W ubiegłym roku udało się jednak rozbić i rozzbroić kilka najważniejszych ugrupowań rebelianckich (m.in. wyeliminowanie Gerorga Athora). Przejęta broń faktycznie została wyprodukowana na Północy, bądź też, jak np. nowe chińskie repliki AK-47 trafiła w ręce rebeliantów przez Chartum. Nie wydaje mi się jednak, aby sytuacja w tej materii prowadziła do wojny domowej, skoro udało się wyeliminować z gry najważniejszych rebeliantów. Obecnie sytuacja jest o wiele poważniejsza na pograniczu Północy i Południa, czy też na Północy: w Kordofanie Południowym i Nilu Błękitnym, aniżeli na Południu. Niemniej jednak tu też są rejony gdzie działali bądź nadal działają rebelianci, co również wpływa na sytuację żywnościową ludności.

Swoją drogą ciekawe, ile z tych wspomnianych 5 milionów zagrożonych głodem ludzi, jest zakwalifikowanych do tej kategorii dlatego, że nie mają środków, aby zakupić żywność? Sudan Południowy jest prawdopodobnie jednym z najżyźniejszych krajów Afryki i w normalnej sytuacji ludzie nigdy nie powinni cierpieć tu głodu. Zawsze byli samowystarczalni. Gdyby tylko normalność znowu zagościła tu na dłużej…

„Wojna Emmy”

1 komentarz

Wojna Emmy

Ocena - max. 5 AfrykOcena - max. 5 AfrykOcena - max. 5 AfrykOcena - max. 5 AfrykOcena - max. 5 Afryk

 

 

„Wojna Emmy” stanowi obowiązkową lekturę dla wszystkich tych, którzy z jakichś powodów zainteresowali się Sudanem. Książka jest kluczem-wytrychem do historii i złożoności wojny domowej pomiędzy Północą a Południem w latach 80. i na początku 90. XX wieku. Ukazanie historii poprzez pryzmat autentycznego romansu pracownicy organizacji humanitarnej Emmy z dowódcą południowosudańskich rebeliantów Riekiem Macharem sprawia, że wydarzenia tamtych dni są dla nas jakby bardziej namacalne i łatwiej przyswajalne.

Deborah Scroggins w przystępny sposób przedstawiła także wcześniejszą historię Sudanu i źródła konfliktu między zarabizowanymi plemionami północy a mieszkańcami południa Sudanu. Autorka pokazała również mechanizmy działania różnorakich organizacji pozarządowych, ONZ oraz ich bezsilność wobec interesów wielkiej polityki i biznesu.

Przez kartki książki przewija się głód, utajone niewolnictwo, okrucieństwa wojny, zabójstwa i masakry, obozy dla uchodźców i pomoc humanitarna, brudna polityczna gra i brudne interesy kręcące się wokół sudańskiej ropy naftowej…

Lektura tej wartościowej książki powinna uświadomić każdemu, że świat i jego problemy nigdy nie są czarno-białe, w szczególności w przypadku tak koszmarnie wielopłaszczyznowo złożonego kraju jakim jest  Sudan.

Z okładki:

Fascynująca, prowokująca do refleksji prawdziwa historia młodej pracownicy organizacji humanitarnej, która przekroczyła niewidzialną granicę wchodząc do wnętrza świata, któremu chciała tylko pomagać.
Demaskatorska relacja na temat działalności humanitarnej i ludzi, którzy zdecydowali się ją prowadzić oraz opowieść o kobiecie, która pozwoliła się uwieść Afryce.
Miłość Emmy McCune do Afryki, jej pełne poświęcenia oddanie sudańskim dzieciom oraz olśniewająca uroda i urok osobisty już od chwili jej przybycia do południowego Sudanu odróżniały ją od innych członków misji humanitarnych. Nikt się jednak nie spodziewał, że zdecyduje się poślubić lokalnego watażkę – człowieka, który zdawał się uosabiać wszystko to, czemu starała się przeciwstawić – i że zaangażuje się w jego działania zmierzające do przejęcia kierownictwa nas całym ruchem powstańczym w południowym Sudanie.

Inne recenzje: http://www.yahodeville.com/ksiazki/index.php?page=2&szukaj=sudan