Obrazy z Sudanu Południowego

Dodaj komentarz

Polecam artykuł na portalu national-geographic.pl dotyczący Sudanu Południowego. Fenomenalne zdjęcia i historia kraju ukazana przez pryzmat członka społeczności Murle, jednej z grup etnicznych Południa.

http://www.national-geographic.pl/artykuly/galeria/poludniowy-sudan-kruchy-pokoj

Skaryfikacje, fot. George Steinmetz (za national-geographic.pl)

Starcia na północy Południa.

Dodaj komentarz

Powiat Fangak w stanie Jonglei

Wciąż niespokojnie na północy Sudanu Południowego. W powiecie Fangak w stanie Jonglei od ostatniej niedzieli ponownie dochodzi do starć SPLA (południowosudańskiej armii) z rebeliantami dowodzonymi przez Georga Athora. Zginęło już niema sto osób… W lutowych starciach w tym samym rejonie życie starciło około 240 osób. Podejrzewa się, że działalność Athora wspierana jest przez Chartum, jednakże nikt nie potwierdza tych spekulacji (http://www.sudantribune.com/South-Sudan-army-clashes-with,38151).

Graniczny region Abyei

Także w zapalnym, granicznym regionie Abyei w ubiegły weekend wybuchły nowe walki. Rejon ten zamieszkiwany jest przez murzyńską ludność Dinka Ngok oraz zarabizowanych pasterzy Misseriya, wypasających tu okresowo swoje bydło (Filmik o problemie bydła w Sudanie (za BBC). W ostatnich atakach używano jednak ciężkich karabinów maszynowych. SPLM (Sudan Peoples Liberation Army) oskarżyło chartumskie Sudan Armed Forces (SAF) o wspieranie bądź przeprowadzenie ostatnich ataków w celu oczyszczeniu terenu z pro-południowej ludności Dinka Ngok. Zginęło ponad 70 osób, a kilkaset uciekło ze swoich domów.

W związku z brakiem porozumienia pomiędzy Północą a Południem w styczniu nie odbyło się tu referendum, a przyszły status regionu jest nieokreślony. Rozmowu na temat dalszych losów Abyei, jak i południowego Kordofanu i stanu Blue Nile (także walczącymi podczas ostatniej wojny domowej przeciw Chartumowi), zostały wznowione 1 marca br. w stolicy Etiopii Adis Abbebie (http://www.sudantribune.com/SPLM-threatens-to-boycott,38168).

 

Z drogi wzięte…

1 komentarz

Nieraz w Sudanie czuję się jak w Wietnamie...

...bo na motorze można tu przewieźć wszystko i to w dowolnych ilościach.

Niestety marmolada z boda-boda (moto-taksówki) to widok codzienny na ulicach południowosudańskiej stolicy.

Juba rozrasta się w niezwykłym tempie,

i nigdy nie wiesz co napotkasz na jej uliczkach...

Stado długorogiego bydła zebu to normalka,

małpa na sznurku też nic nadzwyczajnego,

więc nawet abstrakcyjne stoisko z pompowanymi teletubisiami już człowieka specjalnie nie rusza.

...i ciekawe, czy pan Nowak wie dokąd to trafiła jego ciężarówka;)

Grill po byku

1 komentarz

Grill po byku

Pewnego niedzielnego popołudnia okazało się, że jak zwykle ktoś czegoś zapomniał, w związku z czym dostałem misję specjalną – kupić byka. Prościej byłoby ku… pić byka vel „patykiem pisane” tanie wino, jednakże chodziło o prawdziwego byka z krwi i kości. Zapakowałem więc pracującego u nas Masaja (dla tej kenijskiej grupy etnicznej bydło stanowi największą świętość i każdy Masaj zna się na tego typu sprawach) do pick-upa i ruszyliśmy na poszukiwania dorodnego byczka.

Gdyby był to inny dzień tygodnia, zadanie byłoby znacznie prostsze – wszak codziennie po drodze z Gumba (naszej bazy) do Juba odbywają się zwierzęce targowiska, zaś bydło przepędzane przez jedyny w Południowym Sudanie most na Białym Nilu każdego ranka przyblokowuje chwilowo ruch zmechanizowanych. Jest jednak niedziela i  po okolicy pałętają się tylko kozy.

Właścicielami zwierząt są okoliczni Dinka i Mandari, których wg naszych miar określilibyśmy, jako „ludzi dzikich”. Są wierni własnej tradycji, mówią swoimi językami i ewentualnie w „Juba-arabic” (dialekcie arabskiego używanego w Południowym Sudanie), a kontakt z Białym (tzw. Hauadzia) jest czymś naprawdę nadzwyczajnym. Stoimy w palącym słońcu otoczeni tłumem ciekawskich Południowców. Z blond dreadami jestem dla nich takim samym zjawiskiem, jakim każdy z nich byłby w centrum Warszawy czy Krakowa. Chudzi i wysocy jak tyczki (bez zbytniej przesady, co poniektórzy dochodzą do 2,5 m wzrostu), z pooranymi bliznami skaryfikacji twarzami, z prostymi bransoletami na kościstych nadgarstkach i kostkach. Niektórzy mają włosy ufarbowane krowim moczem, a wierzcie, że Murzyn z fryzurą w kolorze słomiano-rudym wygląda naprawdę abstrakcyjnie. Tłoczą się wokoło w pionowo-pasiastych tunikach sięgających do kolan, co jeszcze bardziej wydłuża ich szczupłe sylwetki. Szczerzą się krzywe, wystające zęby, z najczarniejszych w Afryce twarzy błyskają przekrwione białka oczu…

– kef? [jak leci?]

– tamam, eta kweis? [dobrze, a co u Ciebie?]

– ana kweis… [u mnie w porządku], i tak w kółko przy potrząsaniu, coraz to kolejnej, żylastej ręki.

Raz po raz zerkam w górę, słońce razi tak, że na zlewających się w czarną plamę twarzach nie widzę nic, poza tymi wyszczerzonymi zębiskami i oczami. Postanawiam zmienić nieco sytuację odwracając się do słońca plecami. Teraz dopiero blizny na twarzach mych obserwatorów nabierają wyrazistości.

Załatwiając najróżniejsze sprawunki w stolicy nie stykasz się niemal wcale z tego typu ludźmi. Wszystkie sklepy i restauracje obstawiają Arabowie, Hindusi, Erytrejczycy, Etiopczycy, Kenijczycy bądź Ugandyjczycy. Choć pracują u nich także Sudańczycy z Południa, to nigdy dumni Dinka, Mandari czy Nuerowie. Ich domeną są za to żywe zwierzęta, w szczególności ukochane bodajże przez wszystkich południowych Nilotów bydło. Im więcej dorodnych sztuk, tym wyższy szacunek społeczny, krowami nadal według tradycji opłaca się wiano itp. W językach tutejszych plemion funkcjonuje po kilkadziesiąt zwrotów określających krowy, w zależności od umaszczenia, wieku, płci i wielu innych czynników. Tutejsze gatunki należą do bydła wielkorogiego z garbem i najbardziej pożądane są właśnie okazy z nieprawdopodobnie rozłożystymi rogami.

Po pewnym, mocno wyprażonym w słońcu, czasie przyprowadzono dla nas byczka. Co prawda nie takiego z ponad metrowymi rogami, ale to i lepiej, bo młode mięso powinno być delikatniejsze. Nie warto jednak okazywać, że zwierzę nam się podoba i zależy nam na jego kupnie. W tym kraju o wszystko trzeba się targować, a tym bardziej na targowisku. Oglądamy więc zwierzę z każdej strony wytykając wszelkie niedoskonałości jego sylwetki: niewielka rana na grzbiecie, mało wydatny garb, ledwo widoczne rogi, niezadawalające wole… choć okaz jest naprawdę cena spada do poziomu zadawalającego obie strony. Byk zostaje powalony na ziemię, a jego nogi spętane naszymi sznurami. Wtedy okazuje się, że właściciel z ziomkami chce doliczyć do niemałej sumy koszty pętania i zapakowania zwierzęcia na pakę. Pozorujemy więc odwrót – zabieramy nasze powrozy, wsiadamy do samochodu i odpalamy silnik. Jednak towarzystwo zatrzymuje nas w mig i transakcja zostaje ostatecznie sfinalizowana. Odliczam gruby plik sudańskich banknotów, a na powrót spętane zwierzę siłą mięsni kilkunastu chłopa zostaje załadowane na pakę pick-upa. Jadę powoli, by nie rozjuszyć przerażonego byka, a Masaj na pace przytrzymuje i uspokaja zwierzę.

Ale, ale… cóż to w ogóle za impreza się szykuje, żeby aż byka kupować? Ogólne barbeque dla wszystkich w naszej bazie: „campu I”, „campu II” i żołnierzy. Okazją dla tak hucznego świętowania jest przede wszystkim wejście w życie świeżo uchwalonej i wybranej w ogólnonarodowym referendum konstytucji Republiki Kenii – ponoć pierwszej w Afryce postkolonialnej konstytucji. Nie ma w tym nic dziwnego, że w Południowym Sudanie świętujemy taką okazję – wszak szefem firmy jest Kenijczyk, a i znaczna część zatrudnionych pracowników pochodzi z tegoż kraju. Ponadto za parę dni opuszcza nas Greg, pracujący tu od dwóch lat, więc jest to poniekąd także impreza pożegnalna.

Aby wszystko odbyło się zgodnie z nilocką tradycją byk musi skonać przez wykrwawienie. Obalonemu na ziemię zwierzęciu podrzyna się gardło, jednak zanim maczeta sięgnęła tętnic byk podrywa się zrzucając z siebie trzymających go ludzi. Stoi tak przez chwilę świecąc głęboko przeciętym wolem (tę pustkę pomiędzy fałdami skóry zapamiętam na długo), zanim ponownie zostanie powalony na piasek. Ostrze sięga w końcu tętnic byczka, krew zaczyna tryskać po trawie i stopach zgromadzonych wokoło, jednak ciepła krew to przysmak, na dodatek wpływający na siły witalne, więc pod strumień momentalnie zostaje podstawiony spory garnek. Na gęstej cieczy pienią się krwistoczerwone szumowiny.

Byk wyzionął ostatnie tchnienie – z tętnic uszła cała krew. Leży na grzbiecie z poderżniętym gardłem przytrzymywany za kończyny. Maczetą zostaje rozcięty na brzuchu, a wprawne ręce poczynają oddzielać skórę od mięsa… Pora rozpalić grilla. Po chwili podjeżdża pick-up z paką wyładowaną wielkimi kawałami jeszcze ciepłego mięcha. Kolejnym etapem ćwiartowania jest oddzielenie kości od mięsiwa, pocięcie go na kawałki i rzucenie na kratę grilla. Kuchenną deską jest wielki płat sklejki szalunkowej, a nożami maczety i tasaki.

Nyama choma to popularne w Kenii mięso z grilla. Dziś zalałem wszystkie fundamenty pod tego typu restaurację, którą buduję w Juba, więc dla mnie to dodatkowa okazja do świętowania. Ślinka cieknie na zapach pieczystego, aż w końcu gary wypełnione mięsiwem trafiają na stoły. Zabawa trwa już na dobre, z głośników uderzają dźwięki ugandyjskiej i kenijskiej muzyki… Po uroczystej przemowie zasiadamy do uczty, a później w tany. Po chwili nawet część patrzących na wszystko z boku sudańskich żołnierzy przyłącza się do plumkania. W pewnym momencie patrzę na operatora naszych pojazdów budowlanych. Na stole przed nim stoi czarna puszka piwa z jakimś swojsko brzmiącym napisem. Przyglądam się bliżej – Van Pur Super Mocne 10%. Tak, w związku z tym, że w Juba można dostać niekoniecznie popularne w Polsce marki naszego piwa, na imprezie zagościł także kolejny rodzimy akcent.

Newer Entries