Jak zwykle o poranku podskakujemy sobie na dziurawych uliczkach naszej dżubańskiej dzielnicy Tong Piny. Można by powiedzieć dzień jak dzień, tyle że tutaj nie można się przecież nudzić, nie może być po prostu, normalnie, jak zwykle, jak co dzień, bo tu właśnie niespodzianki są zawsze, jak zwykle normalnie, po prostu musi się co dzień coś wydarzyć… a dzisiaj wydarzył sie orzeł w koronie, tak właśnie tu, na piaszczystych uliczkach Tong Piny. Dobrze, że nie da się po nich jechać za szybko, bo wpadłbym w poślizg, gdy zobaczyłem kątem oka coś znajomego z naszych stron. Na wszelki wypadek zapytałem Agę, czy oby na pewno pod bambusowym płotem stoi lokalny moto-taksówkarz boda-boda w koszulce z białym orłem w koronie i napisem POLSKA? Potwierdzone, więc krzyczę przez okno:

– Hej, jak się masz? Nosisz T-shirta z naszego kraju

– Tak, kocham ten kraj! (zaskoczenie, niedowierzanie, refleksja – do tej chwili prawdopodobnie nie miało znaczenia, co to tam z przodu na koszulce, ale fajnie wygląda)

– Z Polski

– Tak, naprawdę kocham ten kraj! (hm, cwaniakujemy dalej)

– Skąd wziąłeś tą koszulkę?

– Dostałem od dziewczyny:) (Polek jest obecnie w Dżubie sześć, a całej Polonii w całym Sudanie Południowym w porywach do kilkunastu osób – mało prawdopodobne, ale joł fantazja rozwija skrzydła).

Joł, mam nadzieję, że jeszcze na niego kiedyś wpadnę, bo czuję, że zbyt szybko odpuściłem temat. Ach, te europejskie korzenie, zamiast normalnie usiąść przy coli i pogaworzyć, to człowiek do pracy się spieszy…

Advertisements